Bicie serca, tak donośne i mocne. Szum wdychanego powietrza, tak cichy i piękny. Odgłos wymawianych słów, tak cudowny i miękki. Szept poruszającego się ciała, tak niepowtarzalny i urokliwy. Echo stawianych powoli kroków, tak niezwykłe i jedyne. Sposób mówienia kocham, taki ulotny i odległy. Wszystko to dręczyło go swą wymową, stale napływając w myślach, nie pozwalając zapomnieć o ukochanej dziewczynie, która raniąc odeszła. Pozostawiła go samego, pogrążonego w ciemności sam na sam z myślami i cierpieniem. Każdego dnia, myśląc o niej, tęsknił i łkał krzycząc w niebiosa. Wołając do Boga, aby skrócił jego mękę, by się nad nim zlitował. On jednak głuchy na rozpacz zostawił go własnemu losowi, który nie niesie ze sobą ani krzty radości.
    W końcu przestał ufać w Jego miłość, już nie prosił, nie błagał - zamilkł. Rozpamiętywał tylko ulotne chwile szczęścia dzień za dniem przesiadując w ciemnym, pustym pokoju, który nie miał dla niego nic, oprócz chłodu czterech ścian. Już nie pamiętał wyglądu drzew i zieleni liści, zapomniał jak brzmi szum rozwiewanej przez wiatr trawy i odgłos śpiewających ptaków. Myślał czasami, że dobrze byłoby przypomnieć sobie, poznać wszystko na nowo i rozpocząć inne życie. Lecz zawsze, gdy zbliżał się do drzwi wyjściowych opanowywał go lęk, lęk przed kolejną tragedią i brakiem akceptacji ze strony społeczeństwa. Wtedy wracał do swego mrocznego pokoju mijając - pełne nadziei - twarze rodziców. Kładł się na łóżku, zamykał oczy i śnił o chwilach cudownych tych, co stracone już nigdy nie wrócą. Dla niego było za późno, by rozpocząć inne życie, aby wkroczyć w nowy, pozbawiony płaczu i bólu świat. Jedyne, co mu pozostało to wspomnienia, które w jego głowie są zawsze żywe, a powracają, gdy zapada w sen.
    Był ciepły, majowy dzień. Ptaki odgrywały swoją symfonie, a trawa podwiewana, przez delikatne podmuchy wiosennego wiatru, szumiała łagodnie błyszcząc zielenią. Ludzie powracający z pracy nie śpieszyli się i napawając się urokiem przyrody wracali do domów z serdecznymi uśmiechami na twarzach. Wśród nich szedł chłopak wyraźnie górujący nad wszystkimi i odznaczający się strojem. Ubrany był w czarny garnitur i czarne, błyszczące lekko w blasku słońca, lakierki. Schludnie przycięte włosy opiewały delikatnie czaszkę i rozwiewane przez wiatr unosiły się czasem. Jego oblicze, o niczym niewyróżniających się rysach, upstrzone uśmiechem zachwycało przechodniów. Zakochany, tak myśleli ci, co go mijali. Wtedy nawet zwyczajne twarze wyglądają pięknie i fascynują wszystkich. Idąc roztaczał dookoła woń miłości i szczęścia, a przechodzący obok niego ludzie wdychali ją z satysfakcją.
    Szedł powoli bez pośpiechu. Zachwycony urokiem miejskiego życia, które co dzień toczyło się swoim, wyznaczonym odgórnie torem. Przystawał czasami i rozglądał się uważnie. Najczęściej skupiał się na porastających pobliski park roślinach, które zachwycał go swym kształtem i niezwykłością. Urzeczony pięknem natury szedł powoli przed siebie, zbliżając się do miejsca przeznaczenia. Było nim mieszkanie ukochanej dziewczyny, której widoku nie mógł się doczekać. Lecz nim tam dotrze wstąpi do kwiaciarni mieszczącej się dwieście metrów od jej lokum. Chciał kupić kwiaty, czerwone róże, które piękne w swej dzikości i prostocie zarazem, są najwspanialszym wyrazem miłości.
    W końcu jego oczom ukazał się budynek kwiaciarni. Więc nie zwlekając przeszedł na drugą stronę ulicy i zbliżył się do drzwi wejściowych. Wyciągnął drżącą dłoń i pochwycił klamkę. Po chwili wahania nacisnął ją i uchylając drzwi zanurzył się w słonecznym pomieszczeniu.
    Jego wkroczenie do środka spowodowało odezwanie się dzwoneczka wiszącego nad wejściem, który wydając miękki odgłos pimm poinformował o przybyciu klienta. W chwile potem ujrzał postać kwiaciarki wychodzącej z zaplecza. Była to starsza kobieta licząca sobie grubo ponad sześćdziesiąt lat. Miała okrągłą, pomarszczoną twarz, która obsypana piegami błyszczała w słońcu. Szczery uśmiech na jej twarzy od razu wzbudził u niego sympatie do podstarzałej kwiaciarki.
    - Dzień dobry.
    - Witaj piękny! Co sprowadza takiego eleganta do mojej kwiaciarni? - powiedziała uśmiechając się.
    - Bukiet dla dziewczyny - odpowiedział.
    - Z jakich kwiatów ma być złożony? Z czerwonych róż?
    - Z czerwonych róż - potwierdził.
    - Ile sztuk?
    - Piętnaście.
    - Czy oprócz piętnastu kwiatów życzy pan sobie coś jeszcze?
    - Tak. Chce, żeby ten bukiet był jedyny w swoim rodzaju. Niech wygląda tak, jakby przeznaczony był specjalnie dla pani.
    Nie mówiąc nic więcej, ale za to nadal uśmiechając się, kwiaciarka wzięła się do pracy. Po kilku minutach układania i wiązania kwiatów skończyła i podała owoc swojej krzątaniny chłopakowi. Wyciągnął nadal drżące dłonie i wziął go do rąk. Był niesamowity. Oprócz róż widniały w nim liście paproci i gałązki nieznanej mu egzotycznej rośliny, które swym bajkowym kształtem nadawały bukietowi oryginalności i uroku. Wszystko wieńczyła biała kokarda w czerwone prążki.
    - Dziękuje, jest wspaniały - powiedział.
    - Wspaniałą musi być osoba, którą nim obdarujesz.
    Zapłacił i podziękowawszy jeszcze raz wyszedł z kwiaciarni. Starsza kobieta pomachała mu na dowidzenia i nie przestając się uśmiechać znikła na zapleczu.
    Gdy znalazł się na zewnątrz uderzył go gwar kończącego się dnia, który w porównaniu z ciszą panującą w opuszczanym pomieszczeniu był wręcz ogłuszający. Skrzywił się lekko i spojrzawszy jeszcze raz na bukiet ruszył w kierunku mieszkania ukochanej dziewczyny. Stopy stawiał coraz szybciej, już nie zatrzymywał się aby podziwiać przyrodę, liczyło się tylko to, by jak najprędzej dotrzeć do celu.
    W końcu, niemal biegnąc, dotarł do furtki, która odgradzała podwórko zadbanego domu od popękanego chodnika. Zdecydowanym ruchem ręki otworzył ją i wszedł na teren posesji. W tym samym czasie w oknie na piętrze drgnęła firanka. Odsłoniła twarz dziewczyny, która znikła po chwili.
    Pokonał trzy schodki - prowadzące do drzwi wejściowych - podszedł doń i nacisnął przycisk dzwonka. W wewnątrz, mącąc ciszę, rozległ się jego dźwięk, który po chwili zanikł, by ustąpić miejsca odgłosowi stawianych na schodach stóp.
    W jego piersi serce poderwało się do tańca bijąc mocno. Z sekundy na sekundę coraz większe ilości adrenaliny przepływały w jego żyłach powodując drżenie ciała. Zaczął się niecierpliwić i wyraźnie podenerwowany chodził w kółko. Nareszcie usłyszał jak zasuwa zamka została odsunięta, by za chwilę ujrzeć w drzwiach wybrankę swego serca.
    Była ładna, nawet bardzo. Jej ciemne, niczym smoła włosy, opadały lekko poniżej ramion, a brązowe oczy jaśniały lekko w promieniach zachodzącego słońca. Miała zaokrąglone kości policzkowe i drobny nosek, któremu uroku dodawały jędrne i błyszczące usta. Podbródek odznaczał się niemal idealnym półkolem, nadając twarzy powagi i anielskiego wyglądu. Obdarzona została niewielkim wzrostem i kształtną sylwetką, która dokładnie ukryła pod niebieską sukienką.
    Przywitali się pocałunkiem i przez krótką chwile, nie mówiąc nic, uśmiechali się tylko. Podarował jej kwiaty, a ona szczebiocząc pobiegła zanieść je do domu. Gdy wróciła złapał ją za rękę i nadal milcząc wyszli przez furtkę.
    Po pewnym czasie przestali wpatrywać się w siebie i zaczęli rozmawiać. On opowiedział jak minął mu dzisiejszy dzień i o tym, że jedyne o czym od rana marzył, to zobaczyć jej twarz. Ona uśmiechnęła się na to i odpowiedziała mu tym samym. Później rozmowa zeszła na całkowicie odległy temat, jakim była nadchodząca wspólna przyszłość.
    Zaabsorbowana sobą para nie zauważyła jak dzień ustąpił miejsca nocy. Nie usłyszała, że gwar popołudnia zamilkł, zamieniając się w wszechogarniającą cisze. Samochody mijały ich coraz rzadziej, a chodniki niosły ze sobą sporadyczne ilości ludzi. Dla nich świat nie istniał, liczyli się tylko oni.
    Naprzeciwko zakochanych szedł człowiek. Miał na sobie starą, podziurawioną koszulę koloru niebieskiego, a na nogach niemal czarne od brudu dżinsy. Porastający twarz kilkudniowy zarost zakrywał liczne blizny, a długie przetłuszczone włosy zasłaniały ogromnej wielkości szramę na czole. W niedługim czasie mężczyzna znalazł się przy dwójce, wyciągnął nuż i powiedział do chłopaka:
    - Wyciągaj portfel!
    - Co? - wyjąkał.
    - Portfel, natychmiast! Albo skończysz w kostnicy!
    Oszołomiony chłopak zaczął szukać po kieszeniach. W końcu znalazł przedmiot pożądania mężczyzny, drżącymi rękoma wyciągnął go i powoli uniósł przed siebie. Wtedy stało się coś, czego się nie spodziewał, coś co zaważyło na jego całym przyszłym życiu.
    Dziewczyna, stojąca do tej pory na uboczu, rzuciła się na napastnika próbując odebrać mu nóż. Otępiały chłopak odrzucił portfel i także ruszył na mężczyznę. Wywiązała się szamotanina, w której nastolatek dostał rozpędzoną pięścią w twarz i zaskoczony padł na ziemię uderzając głową o chodnik, tracąc przytomność. Ostatnią rzeczą, jaką usłyszał przed wkroczeniem w ciemność, był wrzask jego ukochanej.
    Mrok wypełniał jego głowę. Zasłaniał wszystko i pochłaniał dźwięki. Jedyne co słyszał to stłumiony krzyk, który raz wzmagał się, by za chwilę być ledwo słyszalnym. Błądził wzrokiem dookoła próbując coś dojrzeć, ale bez skutecznie. W końcu ciemność zaczęła zwolna przerzedzać się odsłaniając zakryty świat. Nim całkowicie odzyskał wzrok poczuł paraliżujący ból w tylnej części głowy. Zgiął się w pół i mrugnął oczyma.
    Odzyskał przytomność. Leżał na chodniku cały obolały i zmarznięty. Nie miał siły by się podnieść, więc rozejrzał się tylko wokoło i zamarł. Spostrzegł, że leży w kałuży krwi wypływającej ze znajdującego się nieopodal ciała. Z dużym wysiłkiem podczołgał się doń, spojrzał w jej twarz i krzyknął z przerażenia. To była jego ukochana - martwa. Spoczywała na chodniku owinięta krwawym welonem.
    Chłopak wrzasnął raz i drugi. Darł się w niebogłosy łkając przy tym.
    Krzycząc zerwał się z łóżka i niczym kula wystrzelona z pistoletu. Skierował się w stronę okna. Przestał wrzeszczeć dopiero, gdy odsłonił kotary. Pierwszy raz od dwunastu miesięcy zobaczył blask słońca i skrzywił się. To już rok odkąd ona odeszła, to już rok życia w samotności. Teraz nawet sny, pozbawione do tej pory bólu, niosły ze sobą udrękę. Już nie ma miejsca, gdzie może uciec, gdzie może schronić się przed utrapieniem.
    Pełen goryczy podszedł w róg pokoju i podniósł z ziemi, spoczywający obok niedojedzonych kanapek, błyszczący nóż. Blask słońca odbijał się w chłodzie chromowanej stali. Chłopak przejechał ręką po jego tępej stronie. Jakaż ona była dlań kusząca! Wpatrując się w nóż wiedział, co musi zrobić by być wolnym, aby odnaleźć ukochaną.
    Powietrze przeciął błysk stali i odgłos ciętego materiału oraz skóry. Na ziemię spadły pierwsze krople krwi. Wraz z nimi na ziemię padł chłopak i zamknąwszy oczy zaczął pogrążać się w ciemności. Ostatnią rzeczą, jaką usłyszał był krzyk, który wypełnił jego głowę.
    Niknące powoli promienie słońca padały na siniejącą twarz, na której pierwszy raz od ponad roku malował się ledwo widoczny uśmiech.
KONIEC?
By kochać na świat przychodzimy,
Po to, by darzyć miłością się rodzimy.
Lecz kiedyś z tego świata odejdziemy;
Mam nadzieję, że i tam uczucie znajdziemy.
G.A.
Szczecin - Wielgowo
24 - 25 lutego 2004
|