Stephen King
Miejsce
autor: Jakub Michalik


    Mike spojrzał jeszcze raz zrezygnowany na kartkę - i to nie byle jaką. Z drugiej strony, wszystko zależało od punktu widzenia. Zdaniem pani Grubbs, sądząc po ilości przekreśleń, podkreśleń, kółek i wielu innych znaków zrobionych czerwonym długopisem, wypracowanie niebezpiecznie zbliżyło się do granicy bylejakości. Według nauczycielki chłopca ilość czerwonych hieroglifów skreślonych jej ręką była znikoma, a z jego pracą obeszła się wyjątkowo łagodnie. Zlekceważyła nawet wewnętrzny głos wyrachowanego profesjonalizmu, który warczał, dyszał i krzyczał jak opętana Regan z "Egzorcysty": "Zerrro! Zerrro!" Gdyby nie fakt, że Mike wciąż chodził do podstawówki, pani Grubbs nie byłaby tak pobłażliwa - po prostu zanurzyłaby całą kartkę w barwniku o odpowiednim kolorze.
    Gdy pierwszy szok już minął, siedzący za drewnianym pulpitem na torturującym pośladki krześle chłopiec nieco ochłonął. Dobrze wiedział, co zrobić. Jak wszyscy w tej szkole. Pójdzie tam zaraz po lekcjach. Owszem, było to tylko tymczasowe rozwiązanie - oliwa na wierzch wypływa, kłamstwo ma krótkie nogi, i tak dalej. Ale istniało jeszcze jedno przysłowie. Co prawda nie rymowane i dość długie, ale - zdaniem dzieci ze szkoły Mike'a i tych znacznie starszych z całego świata - bardziej życiowe: "zmiecenie śmieci pod dywan nie sprzątnie domu - ale przynajmniej nie będzie ich widać."
    W drodze na Polanę Mike minął wielu znajomych i nieznajomych z równoległych klas, a także ze swojej. Wszyscy jak jeden mąż szli w to samo miejsce. Milczący pochód dźwigający w plecakach swoje porażki. Widok tego tłumu nie był dla Mike'a niczym niezwykłym - zbliżał się koniec roku, sprawdziany posypały się lawino.
    Czy miało to w ogóle sens? Niedługo wszystko wyjdzie na jaw. To, co ukryte, wróci do życia. Mimo to uczestnicy pochodu powtarzali w kółko jak mantrę przysłowie istniejące niemal od zarania dziejów. Pogląd wyznawany przez ludzi w każdym wieku. Uczniów i nauczycieli. Dzieci i rodziców.
    Niektórzy spośród tłumu, również i Mike, zachowywali spokój z innego powodu - ich sytuacji nie pogarszały pojedyncze wpadki, które wkrótce trafią na Polanę. Nikt nie zwróci uwagi na parę chwastów w gąszczu... może nie róż, ale całkiem ładnych kwiatów.
    Polana była niedaleko - niewielki skrawek ziemi o rozmiarach mniej więcej szkolnego boiska do piłki nożnej. Otoczona z czterech stron gęstymi krzakami, tworzącymi zielony mur odgradzający to miejsce od reszty świata. Nie rosło tam zbyt wiele kwiatów ani trawy - bardziej przypominało to ugór niż polanę. Mimo to nazwa tego miejsca została ustalona przez anonimową zbiorowość i przekazywana kolejnym pokoleniom przychodzącym tutaj.
    Mike dotarł tu jako pierwszy. Podszedł do potężnego drzewa rosnącego w jednym z narożników Polany i ukucnął przy nim. Podwinął rękawy swej jesiennej, zielonej kurtki i sięgnął do jamy pośród plątaniny korzeni - jamy, która w dziwny sposób kojarzyła mu się z Króliczą Norą z "Alicji w Krainie Czarów". Leżała tam mała, prostokątna, drewniana skrzynka z przerdzewiałym, metalowym zamkiem.
    Mike nie pamiętał już, od jak dawna przychodził w to miejsce. Wiedział tylko, że spełniało ono swą funkcję od bardzo długiego czasu. Aż przychodził moment na wyciągnięcie spod korzeni drzew tej małej skrzynki. Wtedy Mike uświadamiał sobie, jak stara jest Polana.
   Z przegniłych desek wypełzały najróżniejsze robaki, od pokoleń pożerające po kawałku swoją siedzibę i siebie nawzajem. Płatki rdzy odpadały od zamka, który zabezpieczał skrzynkę zaledwie w symboliczny sposób - wisiał już tylko na dwóch obluzowanych, równie przerdzewiałych gwoździach.
    Ile lat (wieków?) temu po raz pierwszy jakieś dziecko (jeśli to było dziecko) odkryło to miejsce? Nie chodziło tylko o to, by je znaleźć - trzeba było poznać do głębi możliwości z nim związane, przekonać się o jego unikatowości - i zakorzenić u innych swoisty kult Polany.
    Czy ojciec odkrywcy walczył w wojnie secesyjnej? A może miał zaszczyt rozmawiać z nowo przybyłym gościem ze Starego Świata - białym człowiekiem o nazwisku Kolumb? Mike zaśmiał się w duchu, gdy pomyślał o kolejnej hipotezie.
    Czy ten ktoś w ogóle był człowiekiem?
    Wbrew pozorom nie było to aż tak nierozsądne. Wieloletni kult Polany miał w sobie coś nadprzyrodzonego, szczególnie wśród dzieci. Mike wiedział z własnego doświadczenia, że każdy, kogo jeszcze nie dosięgnął okres dojrzewania ("który przychodzi jak złodziej", pomyślał, po raz pierwszy od dawna cytując Biblię) nie potrafi przywiązać się na dłużej do pewnych rzeczy i spraw. Zainteresowania kierują się to w jedną, to w drugą stronę, jak chorągiewka na wietrze. Ale Polana trwała niezmiennie, a przychodzący tu trzymali się ustalonego przez bliżej nieokreśloną zbiorowość rytuału. Mogli spokojnie obyć się bez tego, co było ukryte w skrzynce - ziemia była miękka i dlatego właśnie miejsce świetnie służyło swemu celowi. Ale mimo to wciąż i wciąż sięgali do jamy pod korzeniami - taka była niezmienna kolej rzeczy.
    Mike bez problemu otworzył zamek i wyjął ze środka niewielką saperkę. Była w opłakanym stanie, podobnie jak skrzynka. Przerdzewiały metal był wyszczerbiony w wielu miejscach o kamienie przez poprzednich użytkowników. Spróchniały, drewniany trzonek był złamany w połowie, szczerząc niebezpieczne dla ręki drzazgi jak zęby. Przygotowany na to, Mike włożył grube, puchowe rękawice i wyjął saperkę ze skrzynki.
    Chłopiec wstał i odszedł parę kroków od drzewa. Przystanął, podumał przez chwilę, po czym rozmyślił się i poszedł dalej. Tommy White zakopał tam kilka dni temu wazon swojej mamy, który stłukł. Mike dobrze to zapamiętał, pomagał wykopać tam dół. Wrzucając tam resztki wazonu głęboko się skaleczył ostrym odłamkiem szkła. Nie chciał tego powtórzyć kopiąc w tym samym miejscu.
    Podszedł do krzaka rosnącego nieopodal i wykopał obok niego niewielki dołek. Otworzył plecak, wyjął swoje wypracowanie, po czym zmiął kartkę w małą kulę, wrzucił do dołka i przysypał ziemią. Spoczywaj w pokoju, pomyślał, i nie wracaj.
    Wrócił do jamy pod drzewem i odłożył saperkę na miejsce. Musiała jeszcze posłużyć innym.
    Nagle rozległ się głośny, suchy trzask. Mike zerwał się na równe nogi i odbiegł na drugi koniec Polany. Na szczęście nie był to odgłos łamiącej się gałęzi drzewa, spadającej na chłopca. Hałas dobiegał zza krzaków. Najwyraźniej ktoś z pochodu zmierzającego na Polanę postanowił przerwać ogólne milczenie i przełamał patyk trzymany w ręce. Lub coś w tym rodzaju.
    Mike podszedł do drzewa i przyjrzał mu się uważnie, jak zresztą wiele razy, gdy tu przychodził. Było bardzo stare, z wieloma spróchniałymi gałęziami. Na jednej z nich, wychodzącej na świat zewnętrzny, poza Polanę, zawieszono prostą huśtawkę złożoną ze sznura i deski do siedzenia, równie spróchniałej co gałąź. Zdaniem Mike'a i każdego trzeźwo myślącego człowieka było to śmiertelnie niebezpieczne. Oczywiście, huśtawkę powieszono tu znacznie wcześniej, gdy gałąź była w lepszym stanie. W pobliżu były też huśtawki metalowe, karuzele i zjeżdżalnie. Wszystko to było częścią placu zabaw, należącego dawniej do przedszkola, obecnie zamkniętego i przeznaczonego do rozbiórki. W okolicy stały już maszyny budowlane, a cały teren był ogrodzony. Dla dzieci ze szkoły Mike'a nie utrudniało to dostępu na Polanę - w końcu każda siatka musi mieć jakąś dziurę.
    Tłum już się zbliżał. W drodze powrotnej Mike spojrzał na stojące wśród karuzel i huśtawek potężne maszyny. Nadawały temu miejscu nieco surrealistyczny charakter. Co prawda Mike nie był do końca pewien co znaczy to długie słowo na "s", ale z rozmów dorosłych wywnioskował, że najlepiej się nadaje.
    Niedługo to miejsce zaleje morze betonu. Czy jego fale sięgną Polany? Każdy, kto tu przychodził, miał do tego miejsca lekki sentyment. Jednak nie to było najważniejsze, lecz miękka ziemia i saperka pod drzewem. Kilka kroków dzielące to miejsce od źródła licznych porażek. Fakt, że Polana była zawsze pod ręką, gotowa, by uśpić na pewien czas liczne sekrety.


*


    Do nocnego koncertu świerszczy w parku dołączył rytmiczny odgłos kroków na kamienistej dróżce. Ciemna postać podeszła do siatki biegnącej wokół placu budowy i zaczęła iść wzdłuż niej, uważnie się rozglądając. W końcu znalazła dziurę w ogrodzeniu i przeszła na drugą stronę.
    Jak złodziej, pomyślała Jane Marsh. Na szczęście niedługo skończy się ta dziecinada. Wszystko zostało już uzgodnione. Ogrodzenie miało pojutrze zostać przestawione, aby Zakątek nie leżał już na placu budowy. To miejsce pozostanie nietknięte.
    Mimo to nie mogła czekać. Musiała tu przyjść. Nawet jeśli nie będzie na nią czekał. Przychodząc tu zapominała o wszystkim. Z chwilą, gdy przekraczała ten lichy, zielony mur, cały świat pozostawał na zewnątrz, czekając cierpliwie, aż Jane Marsh wróci. Wszystko zostawało w tyle - nawet on...
    Jane potrząsnęła gwałtownie głową, odpędzając od siebie te myśli. Przecież on wróci. Jutro, za tydzień, za rok - co za różnica? Nie znaleźli jego ciała. A jeśli nawet, i tak by w to nie uwierzyła. Dave nie żyje? To jakby odwołać Boże Narodzenie.
    Odrzucając na moment przeszłość i przyszłość, Jane rozejrzała się wokoło. Nieliczne kępki trawy i kilka na wpół uschniętych krzaków zdobiło to miejsce niczym ostatnie kosmyki włosów na głowie starca. Oboje z Davem kochali to miejsce, wybaczając mu jego jałowość. Przychodzili tu co noc, rozmawiając na różne, często przerażające tematy. Nie miały one bynajmniej nic wspólnego z historiami o duchach przy harcerskim ognisku - bywały znacznie gorsze. Czasem wśród nerwowego śmiechu, czasem wśród łez zwierzali się sobie nawzajem ze swych najgłębszych sekretów, ukrytych porażek; tajemnic, które obiecali zabrać ze sobą do grobu. Nie chodziło o rozwiązanie problemów, tylko ich wyznanie i ukrycie. Będąc tu mieli wrażenie, że wszystkie zwierzenia spływają po nich jak brud przy kąpieli i wsiąkają głęboko w ziemię. Czuli się jak podczas chrztu, szczęśliwi, beztroscy, oczyszczeni.
    Wspaniałe miejsce na odpoczynek, uznała Jane. Tak, to już pewne, wszystko zostało ustalone. Gdyby tylko pomyślała o tym przed zniknięciem Dave'a. Teraz pozostaje tylko się domyślać. Może i on zrobi tak samo, gdy przyjdzie jego kolej? Jego rodzina nie powinna protestować.
    Kątem oka Jane dostrzegła przywiązane do gałęzi drzewa, zwisające z niej po drugiej stronie otaczających Zakątek krzaków dwa sznury. Nim przypomniała sobie, że to stara huśtawka, przez jedną upiorną chwilę w jej wyobraźni pojawił się obraz ciał dwojga kochanków, wirujących na szubienicy jak w tańcu.
    Przeszła między rosnącymi wokół Zakątka krzakami i wyszła na zewnątrz, na spotkanie ze światem. Usiadła na nieco wilgotnej desce huśtawki i zaczęła się lekko kołysać. Absurdalny obraz zwłok wiszących na sznurach natychmiast zniknął, a Jane zapadła w błogi stan na granicy snu, jakby wzięła gorącą kąpiel po długim marszu przez ciemny las w środku zimy. Świat nieznacznie unosił się w górę i w dół, a ona czuła się jak dziecko w kołysce.
    Suchy trzask nad głową.
    Chwilowe zawieszenie w powietrzu i bolesny upadek.
    Sznury opadające ku ziemi, wijące się jak węże.
    Gałąź pikująca w dół jak sokół.
    Ciemność.
    Dave...


*


    John Brown był wczoraj zbyt wycieńczony by odwiedzić tę starą wariatkę. Marzył tylko o tym, by paść na materac, utonąć w puchowej otchłani, umrzeć we śnie i zapewnić sobie tym samym dożywotni fajrant. Praca na budowie ruszyła tydzień temu pełną parą - i była prawdziwą katorgą. Przed położeniem fundamentów musieli jeszcze uprzątnąć cały ten szmelc - huśtawki, karuzele - z wyjątkiem tego dziwacznego ugoru za krzakami. W końcu nikt nie chciał odczuć na własnej skórze konsekwencji stratowania tego truchła. John czuł się jak w biblijnym Edenie: "Każdą piędź ziemi na terenie byłego przedszkola stratować i zryć możecie, ale od Ziemi Partacza wara, jeśli poczuć gniewu Wielkiego Złego Prawnika nie chcecie."
    Ziemia Partacza. Podobnie jak większość mieszkańców miasta dobrze znał to miejsce. Jako dziecko często tam przychodził. Do niedawna był przekonany, że ten skrawek ziemi przeżył już wszystko, ale w życiu nie przyszłoby mu do głowy, że ktoś wykorzysta to miejsce w takim celu.
    Musiał to zobaczyć na własne oczy - poza tym, zawsze warto poznać nowych sąsiadów. W pierwszych dniach budowy nie miał na to czasu, a wczoraj był zbyt skonany, aby poruszyć jakimkolwiek mięśniem. Jeszcze bym dołączył do tej wariatki - zaśmiał się w duchu John. Tylko drobna zmiana w testamencie i mamy kolejny nagrobek na Ziemi Partacza. John zaczął rozmyślać nad niezwykłym życzeniem Jane Marsh. Z jakiegoś powodu koniecznie chciała być tam pochowana. W ostatnich dniach życia, po długich negocjacjach z urzędnikami dopięła swego, a Ziemia Partacza nie została wybetonowana, jak pierwotnie planowano.
    A więc jej testament uratował ten nędzny skrawek ziemi. Z drugiej strony, jej grób stanął (o czym nie miała pojęcia) w samym środku miejsca, gdzie od bardzo dawna - John sam nie pamiętał od jak bardzo dawna - schodziły się okoliczne dzieciaki. Chodźcie, chodźcie, zakopaliśmy wam trupa koło placu zabaw, na lewo od karuzeli! Znakomity straszak na te bachory. Ale czy aby na pewno? Czy marmurowa płyta zasadzona w ziemi jak roślina powstrzyma je od pielgrzymowania do tego ugoru? Polany, Ziemi Partacza, jakkolwiek ludzie to nazywają?
    Prawda, ta roślina ma również swoje korzenie - gnijące zwłoki w drewnianej skrzyni zaledwie dwa metry pod ziemią. Ale dla tych dzieciaków to nic nie znaczyło. I nie chodziło tu o brak szacunku dla zmarłych.
    Po pierwsze, korzenie roślin są zwykle pod ziemią, a czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Właśnie to motto kierowało pokolenia dzieciaków (żeby tylko ich, pomyślał John) ku temu miejscu.
    Po drugie... Co można było powiedzieć o tym ugorze? Bardzo popularny wśród dzieciaków? Nie - to było miejsce ślepego kultu. Od lat tłumy wiernych nawiedzały to miejsce, nie zważając na nielogiczność swych działań. Są przecież miliony sposobów na pozbycie się brudnych tajemnic - spalić je, wyrzucić do rzeki, na wysypisko, do najzwyklejszego kosza na śmieci, spuścić w toalecie, wezwać mafię.
    Lecz mimo to przez te wszystkie lata kultywowano ten sam rytuał: wszystko, co ciąży ci na sumieniu należy zakopać w tym przeklętym miejscu - koniecznie przy pomocy Łopatki Spod Drzewa, niewielkiej saperki, którą co jakiś czas wymieniano na nowy egzemplarz. Powiedział mu o tym (a raczej, z czego nie zdawał sobie sprawy, przypomniał) jego syn, Mike, kiedy poprosił go wczoraj o nową łopatkę. Teraz będzie dobra okazja by się jej przyjrzeć, pomyślał John. Zobaczymy, czy czasy się zmieniły, a smarkacze nabrały szacunku dla cudzej własności. Swoją drogą - rytuał rytuałem, ale czy ta saperka jest w ogóle konieczna? Ziemia jest tak miękka, że można by kopać gołymi rękami.
    Sam zresztą tak zrobił... i to całkiem niedawno... a przecież zakopywał coś znacznie większego niż spartaczona klasówka lub stłuczony wazon... ale w końcu kierowała nim znacznie większa desperacja.
    Pogrążony w otchłani swych rozważań John ledwo usłyszał, jakby z drugiego końca długiego tunelu, głosy zbliżających się Steve'a i George'a. Zaczęło się ściemniać. Mieli przyjrzeć się grobowi Jane Marsh, a potem urżnąć się w lokalnym barze. Podbudowany tym ostatnim John pomachał ręką swym przyjaciołom i wyszedł im na spotkanie.


*


    - To jak, stoi? - spytał George.
    - Stoi. - odparł Steve - Stówa, że do jutra ten kamulec się rozsypie, jeśli jeszcze w ogóle tu będzie.
    Stali przy nagrobku Jane Marsh. Krótka i prosta inskrypcja oznajmiała kim jest rezydująca dwa metry pod ziemią lokatorka i o długości jej żywota (w tym przypadku bardzo krótkiego).
    George spojrzał na marmurową płytę, a potem na Steve'a. To będzie najłatwiejszy zarobek w moim życiu, pomyślał. Czy Steve naprawdę oczekuje, że okoliczni wandale będą się tu fatygować tylko po to, by zdemolować nagrobek jakiejś dziwaczki stojący pośrodku niczego? Chyba, że sam zamierzał to zrobić, w co George wątpił. Steve nigdy nie posunąłby się do zbezczeszczenia grobu, w każdym razie nie na trzeźwo - a takim był, o dziwo, przez większość czasu. Poza tym George odnosił wrażenie, że jego przyjaciel, podobnie jak John, odczuwa niemalże zabobonny lęk przed tą nędzną garścią piachu. Nie wiedział czemu, ale nie miał czasu ani ochoty drążyć tych bzdur.
    - Wiesz co, najlepiej od razu daj mi tę stówę. - zaśmiał się George. - Właściwie to czuję się, jakbym cię okradał.
    - Niepotrzebnie, bo to on oskubał ciebie - do rozmowy wtrącił się John.
    - Nie psuj zabawy - Steve wyszczerzył zęby.
    - Coś przegapiłem? - George był kompletnie zdezorientowany - Kolejny świr, którego dziś spotkałem?
    Steve i John spojrzeli na niego z politowaniem. Nie mieli do dzieciaka żalu. Miał na oko dwadzieścia, trzydzieści lat, a więc był o jakieś dwie i pół dekady młodszy od nich, ale przede wszystkim - nie był stąd. Do miasta przyjechał specjalnie na budowę, do tej pory pewnie nigdy o nim nie słyszał. Zresztą nie było o czym opowiadać - może z wyjątkiem tego przeklętego ugoru. Chyba każdy, kto żył trochę dłużej w tym mieście miał swoje wspomnienia związane z tym miejscem. Ale i tak prawie nikt o tym rozmawiał. Swoje przemyślenia na temat tego miejsca najchętniej zakopaliby właśnie tam - na Ziemi Partacza.
    Ale temu dzieciakowi można spokojnie opowiedzieć. I tak nie uwierzy. A tego, co najważniejsze, nigdy nie usłyszy.
    - Można powiedzieć, że ludzie nigdy nie mieli szczęścia z tym miejscem. - powiedział Steve bez cienia zażenowania.
    - Przeklęty ugór? - wyszeptał George z głupkowatym uśmiechem na ustach, po czym zaczął nieudolnie nucić motyw muzyczny ze "Strefy Mroku".
    - To twoja interpretacja - odpowiedział sucho John (a także moja, pomyślał, ale nie musisz o tym wiedzieć).
    - Powiemy ci tylko to, co rzeczywiście się zdarzyło, wyjaśnienie dopowiesz sobie sam - dodał Steve.
    - Historia o duchach na dobranoc? - zaśmiał się George. Wciąż szczerzył się od ucha do ucha. - Dawaj, stary.
    - Jeśli nie przestaniesz się śmiać... - zaczął John, ale Steve uciszył go gestem.
    - Spokojnie, Johnny. Zaraz przestanie. Niech tylko posłucha. A z bijatyką poczekajcie, aż pójdziemy do baru.
    George natychmiast spoważniał, a uśmiech spełzł z jego twarzy. Starając się nie patrzeć na Johna, zapytał Steve'a:
    - A więc?
    - Przez lata wiele razy usiłowano spożytkować to miejsce. Jakieś dziesięć lat temu była to część placu zabaw - w cieniu drzew, pośród rosnących dookoła krzaków było to świetne miejsce na kącik zabaw dla dzieci, aż...
    - Kto zginął? - przerwał George. Takie historie mogły mieć tylko jedno zakończenie.
    - Na szczęście nikt - odparł John - ale dwójka dzieci wylądowała w szpitalu z ciężkimi ranami głowy, kiedy spadł na nie obluzowany pręt z huśtawki, na której siedziały.
    Przerwał na moment i zamyślił się. Spojrzał w kierunku drzewa, na którym przez długi czas wisiała huśtawka - aż do dnia wyrytego na nagrobku Jane Marsh. Spróchniała gałąź była za słaba, by utrzymać biedną kobietę - ale znalazła w sobie dość siły, by roztrzaskać jej czaszkę.
    - I tylko dlatego zwinęli cały ten majdan i przenieśli poza to miejsce? - zdziwił się George. - Szkoda, że nie zamknęli całej budy.
    - Dyrekcja uznała, że polana jest zbyt oddalona od przedszkola, a krzaki i drzewa utrudniają obserwowanie dzieci. - odparł John.
    Ale powód był trochę inny, prawda? - pomyślał. Stary dyrektor dobiegał wtedy siedemdziesiątki, dobrze znał miasto, a już na pewno to miejsce - a raczej Miejsce, o ilości imion większej chyba niż sam diabeł. Gdy dowiedział się, gdzie doszło do wypadku, dodał szybko dwa do dwóch i zarządził odwrót.
    - Potem postawiono tu niewielką szopę na narzędzia dla dozorcy. Na szczęście nikogo w niej nie było, kiedy runęła. - powiedział John.
    - Nowy dyrektor próbował wrócić do pomysłu placu zabaw w tamtym miejscu. Ustawiono tam dwie zjeżdżalnie - Steve westchnął. - Kilka poluzowanych śrub i dwóch martwych, przygniecionych chłopców. Tak jak jego poprzednik, nowy dyrektor wycofał się ze swego pomysłu. Podobnych historii jest znacznie więcej.
    - Kolejna spartaczona robota - wtrącił George. - To stąd ta nazwa? Ziemia Partacza?
    - Bystry jesteś - powiedział Steve. - Ale to miejsce ma różne nazwy - dzieciaki z podstawówki nazywają to po prostu Polaną. Zakopują tu wszystkie swoje brudne tajemnice - oczywiście, stosowne do swojego wieku - spartaczone klasówki, stłuczone porcelanowe zastawy i takie tam.
    - A więc nagrobek tej Marsh popsuł im nieco zabawę, co nie? - zaśmiał się George, któremu już wrócił dobry humor. - Przy czymś takim żyć się odechciewa, a co dopiero kopać tuż obok. Swoją drogą, jej śmierć to chyba jedyna porządnie wykonana robota w tym miejscu. Chodźmy, jeszcze zdążymy przed zamknięciem baru.
    - Idź ze Stevem - powiedział John - mam jeszcze coś do załatwienia.
    - Tutaj? - zdziwił się George, po czym wzruszył ramionami - Zbyt wielu rzeczy nie łapię w tym mieście.
    Po czym odszedł razem ze Stevem, idąc przez plac budowy w kierunku miasta.
    John stał przez długi czas nieruchomo, wbijając wzrok w ziemię. Wciąż słyszał rzucone na odchodnym słowa George'a: "jej śmierć to chyba jedyna porządnie wykonana robota w tym miejscu".
    Huśtawka, drabinki, szopa - to nie była wina konstruktora. Nie tylko dlatego, że wszystko to zbudował on sam, John Brown.
    Znał winnego, choć sam nie mógł w to uwierzyć. Była to największa bzdura, jaka mogła mu przyjść do głowy. Jednocześnie w głębi duszy zdawał sobie sprawę, że to prawda. Nie miał na to żadnego racjonalnego wyjaśnienia i musiał się z tym pogodzić - nie było innego wyjścia.
    To ta ziemia. To przeklęte miejsce. Przez lata chłonęła jak gąbka wszystkie brudy i sekrety ludzi, ich spartaczoną robotę. Nie tylko klasówki tych smarkaczy, zbite wazony lub temu podobne bzdury.
    Pracując po godzinach na budowie patrzył z obrzydzeniem jak pryszczaci nastolatkowie, którzy jeszcze nie zaczęli się golić, wyskakiwali z pobliskich krzaków trzymając przez rękaw zużyte kondomy i przemykając w świetle maszyn na budowie znikali za zielonym murem Ziemi Partacza. Potem wracali z rękami utytłanymi ziemią. Widocznie nie przejmowali się rytuałem do tego stopnia, by używać saperki. Ale mimo to szli tam jak lunatycy, zakopując wszystkie te świństwa żeby, broń Boże, nikt się nie dowiedział. Co tam kosze na śmieci - jeśli chcesz zamieść brudy pod dywan, to tylko tam.
    Steve przysięgał, że widział któregoś razu, jak stary Emmet niósł na polanę swojego martwego kundla (potem się okazało, że przypadkowo zastrzelił go na polowaniu). Mamrotał przy tym: "Nie mogłem nic na to poradzić, kochanie, wyrwał mi się i uciekł do lasu, wołałem go i nic, i nic, i nic..." - powtarzał jak jakaś diabelska katarynka. Kiedy zobaczył Steve'a, spłoszył się i uciekł. Zostawił przy tym martwego psa, rzuconego na ziemię jak śmieć. Steve ulitował się nad biednym kundlem i pochował go w głębi lasu, z dala od Ziemi Partacza. Nigdy nie powiedział tego na głos, ale brzydził się tego żałosnego ugoru. Nie chciał, by ukochany pies Emmeta wylądował w takim miejscu.
    Takich historii było, jest i będzie na pewno więcej, pomyślał John. I jak tu mieć pretensję do ziemi, że wszystko niszczy? Przykład idzie z góry. Karmiona przez tyle lat tym, co nieudane, niewłaściwe i złe rosła w siłę. A wtedy nawet najdoskonalsze i bezbłędne dzieło obróci się w tym miejscu w pył.
    Huśtawki, drabinki, szopa, nieliczne rosnące tu rośliny trawione przez liczne choroby, drzewa o spróchniałych gałęziach... na tym się nie skończy, pomyślał Brown.
    Oczywiście, o niczym takim nie myślał, gdy był dzieckiem. Traktował to miejsce jak każdy w jego wieku, jako przechowalnię (bo chyba nikt się nie łudził, że ukryje tam cokolwiek na zawsze), która - dzięki swej własnej nazwie, unikalnemu wyglądowi i temu, że o jej istnieniu wiedzą nieliczni - tworzyła jedno z tych magicznych miejsc dzieciństwa, do których za wszelką cenę chcemy wrócić po latach.
    Tak się nam przynajmniej wydawało, pomyślał John. A gdy już dorosłeś dowiadywałeś się, że twój własny Kącik Zadumy był w rzeczywistości szeroko eksploatowanym bagnem, gdzie każdy przechodzień ciskał swoje śmieci.
    - Albo, jeśli ktoś miał szczęście, jak ty - powiedział do siebie John, patrząc na nagrobek Marsh - to nikt go nie oświecił.
    Mogłeś mieć też pecha i sam na coś wpaść. Odkryć czym naprawdę jest to miejsce. Pewnie nie byłbyś jedyny, ale inni za nic nie chcieliby się przyznać, nawet sami przed sobą. Było to trochę jak z uświadamianiem sobie, czym jest seks - zwykle na początku nie miałeś przed sobą pełnego obrazu, opierałeś się na przypuszczeniach i obserwacji. Z tą różnicą, że w przypadku Ziemi Partacza ostatecznie nigdy nie padało oświadczenie definiujące ten ugór w jasny i prosty sposób. Nic, co można by zapisać w encyklopedii.
    - A mimo to każdy z nas po prostu WIE, co to za miejsce. - powiedział John.
    Wiedziałeś to wszystko, ale i tak tam wtedy poszedłeś, prawda, Johnny? Pamiętasz? Jasne, że tak. Byłeś zalany, ale szybko wytrzeźwiałeś. Jak każdy na twoim miejscu.
    Prawie nie myśląc nad tym, co robi, John podbiegł do starego drzewa rosnącego w jednym z narożników polany, ukucnął przy nim i sięgnął na oślep ręką między plątaninę korzeni po małą, drewnianą skrzynkę. Nie dbał o to, że ostre gałęzie kaleczą jego dłoń, chciał aby ból zagłuszył ten straszny głos tłukący się echem po jego głowie. Otworzył skrzynkę.
    Wczoraj jego syn włożył tam nową saperkę, prosto ze sklepu z narzędziami ogrodniczymi "Garrett i syn". Był słoneczny dzień, podobnie jak dziś. Teraz John Brown patrzył na muzealny zabytek - w przegniłym trzonku wiło się robactwo, jakiego jeszcze nigdy nie widział, płatki rdzy sypały się jak śnieg.
    John rzadko myślał o śmierci, ale często zastanawiał się, jak będą brzmieć jego ostatnie słowa. Miał nadzieję, że powie coś zabawnego i sarkastycznego. Lecz gdy patrzył zszokowany na rozsypująca się saperkę, strząsając pełzające mu po dłoni robaki, było to jedyne, co przyszło mu do głowy:
    - Cholera.
    Poczuł ostry ból w czaszce - a potem już nic więcej.


*


    Mężczyzna stojący nad stygnącymi zwłokami Johna Browna wciąż trzymał w ręku grubą dębową gałąź. Krew ściekała po niej jak żywica, gęsta i lepka, wsiąkając w ziemię.
    Dave Marsh rozejrzał się wokół z odrazą. Czuł pod stopami wszystko, co przez lata karmiło to parszywe miejsce; jakby stąpał po ruchomych piaskach, gotowych go pochłonąć - tak jak Jane.
    Powietrze było ciężkie od smrodu kłamstwa, brudnych tajemnic; sekretów, które miały tu pozostać uśpione choć przez chwilę, może nawet na zawsze - dając temu miejscu siłę. Marsh nie mógł uciec tej trupiej woni. Wyczuwał ten odór wszędzie, od czasu tamtej nocy - kiedy stał się częścią tej ziemi.
    Nie zawsze tak było. Gdy przychodził tu z Jane, liczyła się tylko ona i lekkość, z jaką uwalniał się od trosk ciążących mu na sercu. Nazwała tę polanę Zakątkiem. On sam o to nie dbał. Zwyczajne krzaki i drzewa. Oczywiście, nigdy jej o tym nie powiedział. Ale ona przeżywała pobyt tutaj całym sercem, dla niej było to miejsce niemal magiczne.
    A teraz - nie żyje. Zabita przez moc tego bagna, w które przelała swoją duszę i wykarmiła.
    Zrozumiał to dopiero niedawno. Tamtej nocy, kiedy letni, nocny wiatr i oddech pijaka owiał mu twarz.
    Pamiętał dwa pierwsze uderzenia. Brzęk szkła. Pewnie butelka piwa. Alkohol - to zawsze dobra wymówka, pomyślał Dave Marsh, patrząc na roztrzaskaną czaszkę trupa.
    Kopniakiem przewrócił na plecy zwłoki Johna Browna. Na twarzy martwego mężczyzny zastygło niezwykłe połączenie głupkowatego zdziwienia i zwierzęcego strachu. Marsh zacisnął mocniej dłonie na gałęzi, nie czując w ogóle wbijających się w nie drzazg. Bez wysiłku wziął zamach i w końcu przerwał swe długie milczenie, wrzeszcząc jak szaleniec i akcentując każde słowo kolejnym ciosem w to, co zostało z czaszki Browna.
    - Dlatego... mnie ... zabiłeś?! ... Urżnąłeś... się?! ... PIJANY!!!!
    Uderzał raz za razem, aż śliska od krwi gałąź wypadła mu z rąk i spadła tuż obok nagrobka.
    U jego stóp, w kałuży krwi leżał człowiek, który pomimo niezliczonych ilości piwa, jakie wypił tamtej nocy, znalazł w sobie dość siły, by go zabić.
    A potem wykopać dół.


*


    Marsh pamiętał przebudzenie. Otworzył oczy - i wciąż nic nie widział. Grudy ziemi, piach i kamyki wdzierały się do jego wnętrza niczym chmara mrówek.
    Dave Marsh słyszał wiele historii o ludziach pogrzebanych żywcem. Wyobrażał sobie, co muszą czuć, przedzierając się przez ziemię - tysiące szpilek wbijających się w gardło, nozdrza, uszy i oczy, ból rozsadzający od środka, ciężar na piersi miażdżący żebra, płuca krzyczące o łyk powietrza...
    Leżał w grobie. Nic nie czuł. Pochłonęła go ziemia, a on pochłaniał ją. Nie oddychał. Nie został pochowany żywcem - Brown dobrze wykonał swoją robotę. Nie zdziwił się nawet, że nie poczuł na sobie żadnych robaków. Tu nic nie miało prawa żyć - nawet on.
    Więc skąd się wzięła świadomość? Jak ożyły wspomnienia? Wraz z nimi przyszła nienawiść - do tego człowieka, a szczególnie do tej ziemi, napełniającej go teraz jak powietrze, którym dawniej oddychał. Leżąc na plecach uniósł ważące chyba z tonę ręce, rozgarniając coraz bardziej krwawiącymi palcami warstwy piachu.
    Gdy wyszedł na zewnątrz, w jego twarz nie uderzyły nagle palące promienie słońca, ani zimny podmuch wiatru, ani orzeźwiające krople deszczu. Powietrze cuchnęło jak jego grób.
    Dave Marsh nie czuł już nic. Oprócz miłości i nienawiści.
    Ugięły się pod nim kolana. Usiadł na ziemi, opierając plecy o jakiś kamień. Bardzo gładki. Płaski. Marsh obrócił się - i przeczytał wyryty na nim napis.
    Jak długo trwał jego sen? Kiedy przy jego boku pojawiła się Jane? Nie musiał nawet patrzeć w kierunku drzewa rosnącego w narożniku polany. Na złamaną gałąź, na której dawniej wisiała huśtawka. Wiedział, co się stało. Zabiło ją Miejsce. A on był jego częścią. Jego ostatnim posiłkiem. To on je wzmocnił.
    Dave Marsh patrzył na nagrobek ukochanej kobiety, którą zabił.
    Spojrzał w kierunku miejsca, gdzie przed chwilą był dół, z którego wypełzł jak robak. Zniknął, jak świeżo zasklepiona rana.
    Usłyszał kroki i głosy trzech mężczyzn. Ukrył się za krzakami, obserwując ich. Bez trudu rozpoznał twarz człowieka, który z pijackim uśmiechem na ustach odebrał mu dawne życie. Chwycił leżący na ziemi dębowy konar i czekał, słuchając ich opowieści. Poznał ją już wcześniej, gdy obudził się w objęciach ziemi - a czuł się, jakby była w nim od zawsze - tak dobrze znana, jak rodzinna legenda.


*


    Stojąc nad zwłokami pozbawionymi już kropli krwi i marmurowym nagrobkiem, Dave Marsh spojrzał na ziemię pod swymi stopami.
    Nienawidził jej. Był jej częścią.
    To ona zabiła Jane. Razem z nim.
    To ona wróciła mu życie.
    Obserwując Browna i jego kumpli, Marsh zapamiętał szczególnie jedno zdanie: "Jej śmierć to chyba jedyna porządnie wykonana robota w tym miejscu". Podobnie jak plac zabaw. Szopa dozorcy. Zjeżdżalnie.
    To miejsce zgniło. Wokół unosił się jego smród. Nie było tu miejsca na nic doskonałego. Ani na życie, ani na śmierć. Nie po tylu latach dokarmiania.
    Marsh roześmiał się cicho. Jednak można przechytrzyć diabła, pomyślał. Uklęknął na ziemi i pogładził marmurowy nagrobek, czytając pod palcami wyryty napis jak alfabet Braille'a.
    - Musimy poczekać, kochanie - wyszeptał. - Nie musisz się spieszyć. Mamy czas. A jeśli cierpliwość nie wystarczy...
    Rozejrzał się wokół. Czuł płynące ku temu miejscu przyszłe i przeszłe tajemnice, niczym strumienie rzek wpadające do morza.
    - Przyjdźcie. - wyszeptał w ciemność. - Dajcie jej siłę. Na powrót.


   Subskrypcja


StephenKing.pl © 2002 - 2009
Wszelkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie
Mando, nocny, ingo