Stephen King
Czytając tę książkę tak po prostu, bez żadnego przygotowania można mieć dosyć mieszane uczucia. Główny bohater raczej odraża i wzbudza uczucie niesmaku - biorąc pod uwagę co dzieje sie w małym miasteczku oraz z samym Jakiem, ktory wprowadza wiele pozytywnych chwil swoją osobą - raczej nie tak wyobrażałem sobie kogoś, komu jeden z najbardziej popularnych autorów na świecie poswięca całą sagę i chyba dużo więcej, biorąc pod uwagę, jak sama fabuła dojrzewała w jego umyśle, niczym wytrawne wino z górnej półki.

Pierwszy tom przeczytałem tak szybko (a kupiłem go po skończeniu pracy, czyli po szesnastej), że tego samego dnia pojechałem do Empiku, aby kupić dwa następne.

Mimo to nie podobał mi się. Szczerze mowiąc, nie zasługiwał na wysoką ocenę, nie chodzi mi tu o walory estetyczne, czy fabułę, książka obejmuje wyobraźnie niczym płomien kłodę drewna w kominku. Z początku nieśmiało, potem coś niemal trzaska, a poźniej... nie ma ratunku, po prostu płonie, nic tego już nie zmieni. Mam na myśli samą fabułę, miałem wrażenie w pewnym momencie, że czytam opowieść o jakimś chorym facecie, ktory gdzieś biegnie w życiu, ale bez odrobiny refleksji, uczuć. Nie chciałem jej czytać do końca, ale coś mi powiedziało, że powinienem dać jej szanse. To był bardzo samotny okres mojego życia, rozpocząłem studia w Warszawie i bardzo teskniłem za pewną dziewczyną. Troszkę z przymusu, troszkę z własnej woli przeczytałem ją do końca. Ale pierwszy tom zaczał mi się podobać dopiero kiedy przeczytałem dwa następne, bo zrozumialem czemu ta książka wyjątkowo do mnie przemawia. Bo w przeciwieństwie do papierowych postaci, jakie możemy zaobserwowac np. we 'Władcy pierscieni', bohaterowie cyklu mają coś w sobie, własne lęki, bojaźn i strach przed tym całym światem, ale jednocześnie ogromne marzenia, które są w pewien sposób tak czyste i piękne, że chowają je głęboko przed innymi. Jednak wszyscy ci ludzie w odpowiednim momencie spotykają się razem, aby wspólnie stworzyć drużynę jakiej jeszcze nie widzieliście, coś co żyje i tworzy się na łamach stron. Miałem niemal wrażenie, że oni w tej cudownej opowieści dojrzewają, a czytelnik razem z nimi.

Kocham tę książkę, wiele dla mnie znaczy, na wiele spraw patrzę dzięki niej dużo dojrzalej i pełniej. Kocham jej magię, genialne cytaty, cały system skojarzen który przeplata się w tej opowieści i postaci, których wyjątkowo się nielubi - z jednej strony potworny człowiek z lodu, ćpun i wariatka pozbawiona nóg z drugiej - by później widząc ich poswięcenie dla sprawy najzwyczajniej pokochać.

Przeczytalem juz 5 czesci, kazda nastepna szybciej od poprzedniej, chociaz byly coraz grubsze, dwie ostatnie jeszcze nie. Ale tylko dlatego, ze chce je przeczytac w oryginale, bo kiedy Roland dojdzie do tej p.... wiezy, chce byc jak najblizej, niemal brac w tym udzial.

'Roland' jest bardzo ciekawy, fascynujący i intrygujący, ale jest bardzo krótki... Dla mnie to nawet nie była książka tylko wstęp do tomu drugiego, tak chyba najlepiej na to patrzeć, nie przestawajcie czytać Mrocznej Wieży po 'Rolandzie', ta ksiązka czasami zniechęca, ale im glębiej się w tym świecie znajdziecie, tym wiekszą satysfakcję poczujecie. Ocena 9, gdyż w numerologii to calłkowicie pełna liczba, nic więcej, nic mniej.


Autor: Veritas
Ocena: 9/10





"Człowiek w czerni uciekał przez pustynię a rewolwerowiec podążał w ślad za nim" - to początkowe słowa słynnej sagi o Mrocznej Wieży, słowa od których zaczyna się jej pierwsza część - Roland, a zarazem cała historia. Od ich napisania upłynęło przeszło 30 lat, ponieważ kolejne tomy King dopisywał aż tak długo. Dopiero po ciężkim wypadku któremu uległ kilka lat temu, postanowił opowieść o Mrocznej Wieży doprowadzić do końca. I wtedy uznał , ze jej początek wcale do tego końca nie pasuje, ze rożni się od pozostałych części tak bardzo iż postanowił napisać Rolada od nowa. Czy było to konieczne?

Poprawa stylu, który wg autora był zbyt niedojrzały, chyba jednak konieczna nie była, poza być może wprowadzeniem występujących później charakterystycznych zwrotów jak na przykład pozdrowienie: "niech twoje dni będą długie a noce przyjemne". Jakiekolwiek inne stylistyczne niedoskonałości, komuś kto wpadł po uszy w świat Rolanda chyba nie przeszkadzają, a cala opowieść ma swój niepowtarzalny urok w tej postaci w jakiej została napisana pierwotnie.

Poprawki treści mają trochę więcej sensu. Pojawia się tajemnicza liczba 19, która towarzyszy na przez całą piątą część sagi i chociaż jej znaczenie się nie wyjaśnia, usprawiedliwia w jakiś sposób śmierć Allie, barmanki z baru Sheba. Nieokreślony dotąd demon, uosobienie zła, władca Wieży zyskuje imię pod którym odtąd będzie zawsze występować - Karmazynowy Król. Jakieś tam, też niejasno określone święto zbiorów staje się balem Commala - święto które znamy z dalszych części i które tez ma duże znaczenie. Pojawiają się nazwy, znane nam z późniejszych tomów sagi, nazwy które autor tworzył w miarę powstawania opowieści, takie jak North Central Positronic, ludzie Manni, szkoła Piper, do której chodzi Jack i kręgielnia Mid-Town Lanes. Susan zyskuje nazwisko - Delgado a miejsce z którego pochodzi swoją nazwę. I jak echo powtarzają się we wspomnieniach Rolanda słowa kołysanki śpiewanej mu przez matkę, kołysanki, z którą być może tez jeszcze się spotkamy.

Ale i bez tych wszystkich szczegółów moglibyśmy się całkiem dobrze obyć, w końcu już całe pokolenie chyba przeczytało Rolanda w pierwotnej wersji i nikomu to nie przeszkadzało. Najwięcej sensu mają chyba zmiany, które zostały wprowadzone do rozmowy Rolanda z Człowiekiem w Czerni w miejscu czaszek - golgocie. W miejsce wspomnianego pierwotnie Maerlina wprowadzone zostaje imię Legion a tego nikomu chyba wyjaśniać nie trzeba, i raz na zawsze zostaje wyjaśnione, bez niedomówień i domysłów, że Człowiek w Czerni, Walter i Martin to ta sama osoba.

Tylko o czym teraz będziemy dyskutować skoro wszystko jest jasne?


Autor: Rhea
Ocena: 9/10





Czy można w ciekawy sposób rozpocząć siedmiotomowego potwora? Kingowi jakoś się to udało. Od pierwszych stron intryguje postapokaliptycznym nastrojem i nieco surrealistyczną atmosferą świata, w którym rozgrywają się wydarzenia. Przede wszystkim jednak owe wydarzenia prowokują pytania. Kim właściwie jest Roland? Dlaczego ściga człowieka w czerni? Jak wyglądało jego życie w młodości? Dlaczego świat Rolanda jest tak wymarły? Częściowo na te pytania odpowie lektura tej książki, na resztę trzeba będzie poczekać...

Całość rozpoczyna spotkanie bohatera z samotnym osadnikiem i opowieść Rolanda o dekadenckim miasteczku Tull, w którym ścigany człowiek w czerni zastawił na bohatera pułapkę. Następnie, w opuszczonym zajeździe, Roland spotyka pochodzącego z XX-wiecznego Nowego Jorku Jake'a. Razem z nim podąża w góry, za człowiekiem w czerni. Po drodze będą musieli stawić czoło Wyroczni oraz czającym się we wnętrzu gór Powolnym Mutantom...

Najbardziej urzekło mnie w książce to, iż wspomniana postapokaliptyczna atmosfera jest dwojakiego rodzaju. Po pierwsze - przestał istnieć świat z dzieciństwa i młodości Rolanda. Bohater wspomina nieżyjących przyjaciół, dziewczynę o imieniu Susan, surowego nauczyciela - Corta... Teraz pozostał tylko on, ostatni rewolwerowiec. Po drugie - świat, w którym rozgrywają się wydarzenia, jest pełen machin pozostałych po "prastarej cywilizacji", która w podejrzanie dziwny sposób przypomina ziemską...

Jako że "Roland" ma mocno epizodyczną budowę, łatwo wskazać lepsze bądź gorsze fragmenty. Opowieść o Tull spodobała mi się tu najbardziej. Później tempo miejscami siada. Na szczę?cie wspomniana już atmosfera nieco rekompensuje te zastoje w akcji. Końcowa konfrontacja z człowiekiem w czerni, Walterem, uświadamia, jak właściwie należy traktować "Rolanda" - jako coś w rodzaju prologu do całej "Mrocznej Wieży", z charakterystycznym wejściem "w buciorach" w pełną tajemnic fabułę. Warto też do tej ksi?żki wrócić, gdy zna się późniejsze tomy sagi. To dla takich czytelników King poukrywał w tekście (mowa o nowej wersji - z 2003 roku) sporo odnośników do później opisanych wydarzeń czy wątków. Nazwy takie jak Algul Siento, Mejis czy Karmazynowy Król po raz pierwszy pojawiają się już tutaj.

Książka ta jest w zasadzie zbiorem połączonych z sobą opowiadań, dlatego też tu i ówdzie przebija się odrobina niespójności... Z kolei styl, nieco efekciarski, jest charakterystyczny dla wczesnego etapu twórczości Kinga. Mimo tych wad "Roland" zachęcił mnie do dalszej lektury "Mrocznej Wieży" - a w przypadku siedmiotomowej sagi to jest chyba najważniejsze.


Autor: p.a.
Ocena: 7/10






StephenKing.pl © 2002 - 2009
Wszelkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie
Mando, nocny, ingo