|
|
Mroczna Wieża IV: Czarnoksiężnik i kryształ Rozdział 5: Powitanie w mieście
|
7
Sala balowa nie zaimponowała Rolandowi, bywał przecież w Wielkiej Sali Gilead, nazywanej czasami Salą Przodków, i nawet podglądał z galerii gości na wielkim przyjęciu, które urządzano tam co roku, podczas tak zwanych Tańców Wiosny w dzień przełomu Szerokiej Ziemi i Siewu. U jej sufitu wisiało pięć żyrandoli, a nie jeden, z żarówkami, a nie z lampami naftowymi. Ubrania gości, wśród nich wielu zamożnych młodych mężczyzn i kobiet, którzy nigdy nie skalali się pracą, co przy każdej okazji podkreślał John Farson były znacznie bogatsze, muzyka dźwięczniejsza, towarzystwo składało się wreszcie z przedstawicieli rodów starszych i szlachetniejszych niż tu, wszystkich spokrewnionych z Arthurem Eldem, królem jeżdżącym na siwku i dzierżącym w dłoni miecz zjednoczenia.
A jednak to tu tętniło życie, bujne i żywiołowe. Była tu energia, której brakowało w Gilead, i to nie tylko na Tańcach Wiosny. Roland pomyślał nawet, że tu, na przyjęciu w prowincjonalnym miasteczku prowincjonalnej baronii, czuje atmosferę, której braku niemal się nie odczuwa, ponieważ zniknie ona powoli i bezboleśnie, wycieknie jak krew z żyły przeciętej w ciepłej wodzie.
Pokój, nieco za mały, by nazwać go salą, był okrągły. Jego pokryte boazerią ściany zdobiły obrazy, na ogół kiepskie portrety poprzednich burmistrzów. Po prawej od drzwi, na niewielkiej, usytuowanej nieco wyżej scenie, czterech gitarzystów w kurtkach tati i sombrerach grało coś, co przypominało walc ze sporym dodatkiem pieprzu. Pośrodku stał stół, a na nim dwie misy z rżniętego szkła, w których był niewątpliwie poncz, jedna z nich wielka i wspaniała, druga mniejsza i znacznie skromniejsza. Rozlewaniem ponczu zajmował się kolejny zastępca Avery'ego, mający na sobie, oczywiście, białą marynarkę.
Mimo obietnic, których poprzedniego dnia nie szczędził im szeryf, kilku gości przystroiło się różnokolorowymi szarfami, Roland nie czuł się jednak nieswojo w białej jedwabnej koszuli z cienkim czarnym krawatem i prostych spodniach. Na każdego strojnisia przypadało trzech mężczyzn w tanich marynarkach, które nieodparcie nasuwały mu obraz hodowcy bydła w kościele, byli tu także młodzi ludzie, którzy doskonale obywali się bez marynarek. Kobiety miały na sobie biżuterię, ale nie tak cenną jak kolczyki sai Thorin, kilka z nich wyglądało, jakby nie dojadały, ich stroje były jednak łatwe do rozpoznania: długie suknie z okrągłymi, wysokimi dekoltami, koronkowe halki, których rąbki wystawały spod spódnic, czarne pantofle na niskim obcasie i siatki przykrywające włosy; większość lśniła od drobnych klejnocików, takich jakie zdobiły głowy Olive i Coral Thorin.
Lecz nagle Roland dostrzegł kogoś różniącego się od nich wszystkich.
Susan Delgado olśniewała pięknością w niebieskiej jedwabnej sukni z prostokątnym dekoltem, obnażającym szczyty jej piersi. Na szyi miała wisior ze szmaragdem, przy którym kolczyki żony burmistrza wyglądały jak jarmarczne świecidełka. Stała obok mężczyzny przepasanego wstęgą koloru rozżarzonych węgielków. Ten kolor, ciemnopomarańczowy, był jednocześnie kolorem heraldycznym baronii, Roland założył więc, że ów mężczyzna jest ich gospodarzem, ale na długą chwilę odwrócił od niego wzrok. Nie mógł oderwać go od Susan Delgado, od jej błękitnej sukni, opalonej skóry, rumieńców zbyt bladych i doskonałych w kształcie, by były efektem makijażu. Włosy, rozpuszczone oczywiście, opadały jej na plecy niczym jedwabna peleryna. Pragnął jej; nagle uświadomił sobie, że pragnie jej i tylko jej niczym szaleniec, a jego uczucie było jak nagła choroba. To, czym był, i to, po co przyjechał, w porównaniu z nią stało się nagle drobne i nieważne.
Susan odwróciła się... i dostrzegła go. Jej oczy (szare, dopiero teraz to zauważył), rozszerzyły się lekko, a Roland miał także wrażenie, że rumieńce na jej policzkach nieznacznie się pogłębiły. Usta dziewczyny - dotykałem ich wtedy, na mrocznej drodze, pomyślał zdumiony - rozchyliły się lekko. Nagle mężczyzna stojący obok Thorina (wysoki, chudy, wąsaty, z długimi siwymi włosami opadającymi na kołnierz czarnego płaszcza) powiedział coś, więc Susan zwróciła się ku niemu; zgromadzona wokół Thorina grupa roześmiała się i ona także się śmiała. Mężczyzna o długich włosach nie przyłączył się do tych objawów radości, ale uśmiechnął się lekko.
Roland miał nadzieję, że jego twarz nie zdradza, jak mocno bije mu serce. Niczym z bardzo daleka poczuł kościste paluchy Rimera, zaciskające się na jego ramieniu. Prowadzono go w kierunku tej grupy. Czuł zmieszany zapach perfum, oleju ze świecących na ścianach lamp, ciężki aromat oceanu. I nagle, bez żadnego powodu, pomyślał: Umieram, och, umieram.
Weź się w garść, Rolandzie z Gilead. Uspokój się, na miłość ojca. Weź się w garść.
Spróbował i do pewnego stopnia to mu się udało, wiedział jednak, że zagubi się, gdy tylko Susan spojrzy na niego ponownie. A wszystko przez jej oczy. Poprzedniego wieczoru, w ciemności, nie widział tych jej szarych oczu. Nie wiedziałem, jaki ze mnie szczęściarz.
- Burmistrzu Thorin - powiedział Rimer - pozwoli pan, że przedstawię naszych gości z Baronii Wewnętrznych.
Thorin odwrócił się od mężczyzny z długimi włosami, z którym rozmawiał. Twarz mu pojaśniała. Był niższy od kanclerza, lecz równie jak on chudy i bardzo szczególnie zbudowany: tułów miał krótki i wąski, nogi patykowate. Roland pomyślał, że wygląda jak błotny ptak polujący na śniadanie.
- Ależ proszę! Bardzo proszę - krzyknął mocnym, choć piskliwym głosem. - Czekamy na nich z niecierpliwością, z bardzo wielką niecierpliwością. To dobre spotkanie, bardzo dobre spotkanie. Witajcie, panowie. Niech wieczór spędzony w domu, którego jestem skromnym gospodarzem, będzie dla was szczęśliwy, a wasze dni na ziemi długie.
Roland ujął dłoń burmistrza, uścisnął ją, usłyszał trzask palców, podniósł wzrok i ucieszył się, nie widząc grymasu bólu na twarzy gospodarza. Ukłonił się głęboko, wysuwając przed siebie nogę.
- Burmistrzu Thorin, jestem William Dearborn, do usług. Dziękuję ci za zaproszenie, panie. Niech dni twe na ziemi będą długie.
Arthur Heath przywitał gospodarza jako drugi, potem nadeszła kolej na Richarda Stockwortha. Uśmiech Thorina rozszerzał się przy każdym kolejnym ukłonie. Mężczyzna z długimi włosami podał szklankę ponczu towarzyszce, nie przestając uśmiechać się wąskimi wargami.
Roland miał świadomość tego, że obserwują ich wszyscy goście, których było około pięćdziesięciu, ale zwracał uwagę tylko na jedno spojrzenie. Jej spojrzenie. Kątem oka widział rąbek błękitnej sukni, nie miał jednak odwagi spojrzeć na dziewczynę wprost.
- Czy mieliście trudną podróż? - dopytywał się burmistrz. - Doświadczyliście przygód, napotkaliście jakieś niebezpieczeństwa? Posłuchamy waszych opowieści przy kolacji, ano tak, tak, oczywiście, tak mało mamy ostatnio gości z Łuku Wewnętrznego. - Jego szczery, choć niedorzeczny uśmiech zbladł, brwi się zmarszczyły. - Natrafiliście może na jakieś patrole Farsona?
- Ekscelencjo...
- Ależ nie, chłopcze, tylko nie ekscelencjo, nie dopuszczę do tego, a nawet gdybym chciał, nie pozwolą mi rybacy i koniarze, którym służę. Wystarczy burmistrzu Thorin, jeśli łaska.
- Dziękuję. Widzieliśmy wiele różnych dziwnych rzeczy, burmistrzu Thorin, ale wśród nich nie było Dobrego Człowieka.
- Dobrego Człowieka! - prychnął Rimer, unosząc górną wargę, przez co jego twarz upodobniła się do psiego pyska. - Dobrego Człowieka, też mi coś!
- Wysłuchamy wszystkiego, każdego waszego słowa - obiecał Thorin. - Nim jednak z radości całkiem zapomnę o dobrych manierach, młodzi panowie, pozwólcie, że przedstawię wam obecnych. Kimbę już spotkaliście. Ten niezwykły człowiek po mojej lewej to Eldred Jonas, dowódca mojej nowo wprowadzonej ochrony. - Uśmiech Thorina wydał się nagle odrobinę zawstydzony. - Nie jestem wcale pewien, czy potrzebuję dodatkowej ochrony, szeryf Avery zawsze wystarczał do zapewnienia porządku w tym kąciku świata, ale Kimba nalegał. A kiedy Kimba nalega, burmistrz musi się ugiąć.
- Bardzo mądra decyzja, panie. - Rimer ukłonił się nisko. Roześmieli się wszyscy, z wyjątkiem Jonasa, który uśmiechał się ledwie widocznie wąskimi wargami.
Skinął głową. - Bardzo mi przyjemnie, panowie - powiedział cienkim, drżącym głosem. Oczywiście życzył im długich dni na ziemi, wszystkim trzem; Rolandowi podał rękę jako ostatniemu. Dłoń miał suchą, mocną, zupełnie inną, niż mógłby sugerować jego głos. Roland dostrzegł też dziwny tatuaż między kciukiem a palcem wskazującym prawej ręki. Przypominał trumnę.
- Długich dni, przyjemnych nocy - odparł bez zastanowienia. Było to pozdrowienie z jego dzieciństwa; dopiero później się zorientował, że kojarzyło się bardziej z Gilead niż wiejską prowincją Hemphill. Drobna wpadka, ale chłopak natychmiast zdał sobie sprawę, że margines drobnych wpadek może być znacznie mniejszy, niż podejrzewał jego ojciec, kiedy usuwał go z drogi Martena.
- I nawzajem. - Bystre oczy starego przyglądały się chłopcu tak uważnie, że wręcz bezczelnie. Przez długą chwile, nie puszczał jego dłoni. Nagle zrezygnował i odstąpił o krok.
- Cordelia Delgado. - Thorin wskazał kobietę, która przed chwilą rozmawiała z Jonasem. Pochylając się przed nią w ukłonie, Roland dostrzegł rodzinne podobieństwo... tylko że to, co u Susan było wspaniałe i piękne, w tej twarzy wydawało się niesympatyczne, ostre. Nie była matką dziewczyny, na to wydawała się nieco za młoda.
- I nasza specjalna przyjaciółka Susan Delgado - zakończył prezentację burmistrz głosem nieco drżącym (z pewnością Susan działała tak na każdego mężczyznę). Thorin popchnął lekko dziewczynę, kiwając głową i uśmiechając się głupio; jedną z kościstych dłoni oparł na jej plecach. Roland poczuł nagłe ukłucie jadowitej zazdrości, śmieszne, jeśli wzięło się pod uwagę wiek tego mężczyzny i jego tęgą, sympatyczną żonę, ale zazdrość kłuła go, ostra jak tyłek osy, by posłużyć się słowami Corta.
Susan uniosła twarz i Roland znów miał okazję spojrzeć jej w oczy. Słyszał, że można utonąć w oczach kobiety, był o tym jakiś wiersz czy może opowieść, którą uznał za idiotyczną. I nie zmienił zdania, teraz jednak dowiedział się, że - idiotyczne czy nie - jest to całkiem możliwe. A ona o tym wiedziała. W jej spojrzeniu dostrzegł troskę, być może nawet strach.
Obiecaj, że jeśli spotkamy się w domu burmistrza, spotkamy się po raz pierwszy.
Wspomnienie tych słów otrzeźwiło go, przywróciło mu przytomność umysłu. Widział teraz więcej i lepiej. Dostrzegł na przykład, że stojąca obok Jonasa kobieta, ta podobna do Susan, wpatruje się w dziewczynę ze zdziwieniem i zaniepokojeniem.
Ukłonił się nisko, ale tylko musnął gładką dłoń bez żadnej biżuterii. Mimo to poczuł, jak między ich rękami przeskakuje coś, jakaś iskra. Szare oczy rozszerzyły się wyraźnie... a więc ona także to odczuła.
- Miło mi cię poznać, sai - powiedział głosem, który miał być obojętny, lecz ta obojętność zabrzmiała fałszywie nawet w jego uszach. Mimo to jakoś przecież zaczął, czuł, że przygląda się mu (im?) cały świat, więc nie miał wyboru: musiał przeć przed siebie. Uderzył się trzykrotnie w gardło. Niech dni twe na ziemi będą...
- I twoje, panie Dearborn. Składam dzięki.
Odwróciła się do Alaina tak raptownie, że niemal niegrzecznie, następnie przywitała się z Cuthbertem, który skłonił się jej godnie, wykonał tradycyjny gest powitania i powiedział bardzo poważnie:
- Czy mogę odpocząć przez chwilę u twych stóp, pani? Twoja piękność sprawiła, że kolana się pode mną ugięły. Jestem pewien, że jeśli zezwolisz, bym przez chwilę podziwiał twą urodę z dołu, odpoczywając na chłodnych kafelkach, wkrótce dojdę do siebie.
Słowa te skwitowano śmiechem, roześmiali się nawet Jonas i panna Cordelia. Susan zarumieniła się prześlicznie, uderzyła Cuthberta po grzbiecie dłoni. Roland w milczeniu podziękował przyjacielowi. Jego niepohamowana ochota do wygłupów przynajmniej raz wyszła komuś na dobre.
Do zgromadzonej przy wazie ponczu grupy dołączył kolejny mężczyzna, mocno zbudowany i na całe szczęście niechudy, ubrany w bezkształtną marynarkę. Policzki miał czerwone, ale ogorzałe raczej od wiatru niż zarumienione od nadmiaru drinków. Jego blade oczy otaczała sieć zmarszczek. Ranczer; Roland wystarczająco często towarzyszył ojcu w podróżach, by niektóre typy rozpoznawać na pierwszy rzut oka. - Chłopcy, mogę was zapewnić, że trudno wam będzie opędzić się dziś przed dziewczętami. Jeśli nie zachowacie ostrożności, dosłownie upijecie się ich perfumami. - Nieznajomy uśmiechnął się wesoło, szczerze. - Nim je spotkacie, chciałbym jednak chwilę z wami porozmawiać. Frank Lengyll, do usług.
Uścisk ręki Lengylla był szybki i mocny, ranczer nie kłaniał się i nie bawił w formalności. - Rocking B należy do mnie... albo ja należę do Rocking B, zależy, jak na to spojrzeć. Jestem także szefem Stowarzyszenia Hodowców Koni, przynajmniej póki mnie nie wyleją. Bar K to był mój pomysł. Mam nadzieję, że się wam spodobał?
- Bardzo, proszę pana - włączył się do rozmowy Alain. - Barak jest czysty i suchy, a miejsca starczyłoby i dla dwudziestu ludzi. Dziękujemy. Byliście dla nas więcej niż łaskawi. - Nonsens - zaprotestował ranczer, sięgając po szklankę ponczu. Widać jednak było, że komplementy sprawiły mu przyjemność. - Przecież to nasza wspólna sprawa. John Farson to tylko jedno zgniłe źdźbło w beli siana. Takie już są te nasze czasy. Mówią, że świat poszedł naprzód. No tak! Poszedł naprzód, poszedł naprzód, i to bardzo... zawędrował po drodze do piekła. Naszym zadaniem jest utrzymać belę siana z dala od pieca tak długo i tak skutecznie, jak to tylko możliwe, bardziej z szacunku dla naszych dzieci niż ojców. - Słuchajcie! Dobrze mówi! - powiedział burmistrz Thorin głosem, który miał być uroczysty, lecz załamał się i zabrzmiał głupio, niedorzecznie. Roland dostrzegł, że stary mężczyzna ściska rękę Susan (która jakby nie zdawała sobie z tego sprawy, wpatrzona w Lengylla), i nagle wszystko zrozumiał: burmistrz był jej wujem albo co najmniej bliskim kuzynem. Lengyll całą swą uwagę skupił na trójce nowo przybyłych; przyglądał się po kolei każdemu, Rolanda zostawiając sobie na koniec.
- W czymkolwiek moglibyśmy wam pomóc, my z Mejis, nie wahajcie się chłopcy, pytajcie: mnie, Johna Croydona, Hasha Renfrew, Jake'a White'a, Hanka Wertnera, wszystkich razem albo każdego z osobna. Spotkacie ich tu dzisiaj, razem z żonami i córkami. Wystarczy, żebyście zapytali. Jesteśmy daleko od centrum Nowego Kanaan, ale pozostajemy lojalni wobec Afiliacji i odległość nie ma tu żadnego znaczenia.
- Dobrze powiedziane - odezwał się cicho Rimer.
- A teraz - Lengyll rozchmurzył się - wzniesiemy właściwy toast za wasz przyjazd. Wystarczająco długo czekaliście na szklaneczkę ponczu, gardła macie pewnie suche jak pieprz. Odwrócił się i sięgnął po rączkę łyżki, wystającą z większej i ozdobniejszej wazy. Gestem powstrzymał służącego, najwyraźniej chciał osobiście usłużyć gościom, okazać szacunek. - Panie Lengyll. - W cichym głosie Rolanda brzmiał rozkaz. Ranczer obejrzał się. - W mniejszej wazie jest poncz bez alkoholu, prawda? Lengyll znieruchomiał, początkowo najwyraźniej nie pojmując, o co chodzi. Potem zrozumiał i spojrzał na gości, jakby dopiero teraz dostrzegł w nich żywych ludzi, bardzo młodych, właściwie chłopców, a nie wyłącznie symbole Afiliacji i Baronii Wewnętrznych.
- Tak.
- Proszę napełnić nim nasze szklanki, jeśli jest pan tak uprzejmy. - Poczuł, że skupia na sobie uwagę, zwłaszcza jej uwagę. Nie spuścił wzroku z ranczera, ale pole widzenia miał dobre i zauważył także, że na cienkich wargach Jonasa znów pojawił się kpiący uśmieszek. On już wiedział, o co chodzi. Thorin i Rimer zapewne też wiedzieli. Ubodzy kuzyni z prowincji wiedzieli czasem bardzo dużo. Więcej, niż powinni. W wolnej chwili musi o tym poważnie pomyśleć. Teraz jednak był to najmniejszy z jego problemów.
- Zapomnieliśmy oblicza naszych ojców i ma to pewne znaczenie w sprawie, która przywiodła nas do Hambry. - Roland czuł się niezręcznie, świadom, że wygłasza mowę, choć przecież wcale tego nie pragnął. Na szczęście nie mówił do wszystkich w salonie... i dziękował za to bogom... choć wokół wazy z ponczem zgromadziło się znacznie więcej gości, niż wówczas gdy podchodzili. Nie miał jednak wyboru, musiał skończyć, łódź płynęła z prądem. - Nie chcę zagłębiać się w szczegóły, zapewne się ich po mnie nie spodziewacie, ale pragnę powiedzieć, iż obiecaliśmy, że podczas naszego tu pobytu nie będziemy pić. To pokuta.
`
Jej spojrzenie... był pewien, że Susan wpatruje się w niego z napięciem.
Przez chwilę w niewielkiej grupie przy stole panowała absolutna cisza. Przerwał ją Lengyll.
- Ojciec byłby z ciebie dumny, słysząc twe szczere słowa, Willu Dearbornie, ano tak, byłby z ciebie dumny. Gdzież znaleźć zdrowych młodych ludzi, którzy nie narozrabialiby od czasu do czasu. - Lengyll klepnął Rolanda po ramieniu i choć dłoń miał mocną i uśmiechał się szczerze, ukryte w sieci zmarszczek oczy były obojętne, puste, z wyjątkiem niepokojącej iskierki namysłu, zastanowienia. - Czy mogę być z ciebie dumny w jego zastępstwie?
- Oczywiście - odparł Roland z wdzięcznością. - Dziękuję ci, panie.
- Ja również - dodał Cuthbert.
- I ja - powiedział Alain, biorąc z ręki ranczera szklankę bezalkoholowego ponczu i kłaniając mu się z szacunkiem.
Lengyll napełnił jeszcze kilka szklanek i sprawnie rozdał je dookoła. Ci, którzy mieli ostry poncz, zdziwili się, gdyż wymieniono go im na "lekki". Kiedy każdy w zgromadzonej przy stole grupce został już w ten sposób obsłużony, Lengyll odwrócił się, najwyraźniej zamierzając wygłosić toast. Rimer poklepał go po ramieniu, ledwo widocznie potrząsnął głową i oczami wskazał burmistrza. Tymczasem ów dostojny mąż gapił się na nich wytrzeszczonymi oczami, szczęka wyraźnie mu opadła. Rolandowi przypominał zapamiętałego teatromana, siedzącego na jaskółce, brakowało mu tylko skórek pomarańczowych na kolanach. Lengyll podążył wzrokiem za spojrzeniem kanclerza, a potem skinął głową.
Następnie Rimer spojrzał na gitarzystę stojącego pośrodku grupy muzyków. Gitarzysta przestał grać, inni poszli jego śladem. Goście popatrzyli na nich zdziwieni, po czym przenieśli wzrok na grupę zgromadzoną wokół gospodarza.
Thorin rozpoczął przemowę. Umiał przemawiać; w jego głosie nie było w tej chwili nic śmiesznego, brzmiał miło i docierał do każdego.
- Panie i panowie, przyjaciele, proszę was, byście pomogli mi właściwie przyjąć trzech naszych nowych przyjaciół, młodych ludzi z Baronii Wewnętrznych. Młodych ludzi, którzy przemierzyli wielkie odległości i stawili czoło wielu niebezpieczeństwom w imieniu Afiliacji, w służbie prawa i pokoju.
Susan Delgado odstawiła szklaneczkę, wyrwała (z pewnymi kłopotami) dłoń z uścisku wuja i zaczęła klaskać. Inni natychmiast poszli za jej przykładem. Owacja na cześć gości była burzliwa i, na szczęście, krótka. Eldred Jonas do niej nie dołączył, nie odstawił kubka, nie bił braw.
Thorin odwrócił się i spojrzał na Rolanda z uśmiechem. Podniósł szklankę.
- Czy mogę im cię dać, Willu Dearbornie? - spytał. - Pozwalam i dziękuję - odparł Roland, budząc, doborem słów, kolejną falę oklasków.
Thorin podniósł szklaneczkę jeszcze wyżej. Gest ten powtórzyli wszyscy jego goście. Kryształ błyszczał w świetle żyrandola niczym gwiazdy.
- Panie i panowie, daję wam Williama Dearborna z Hemphill, Richarda Stockwortha z Pennilton i Arthura Heatha z Gilead.
To ostatnie słowo wzbudziło ożywione szepty i westchnienia, zupełnie jakby burmistrz przedstawił Arthura Heatha z Niebios.
- Przyjmijcie ich dobrze i obdarzcie przyjaźnią, niech ich dni w Mejis będą słodkie, a wspomnienie pobytu wśród nas jeszcze słodsze. Pomóżcie im w pracy i wspomóżcie w osiągnięciu celu, który jest celem nas wszystkich. Niech ich dni na ziemi będą długie. Tak mówi wasz burmistrz.
- Wszyscy tak myślimy - odpowiedzieli goście.
Thorin spełnił toast, za jego przykładem goście opróżnili szklanki. I znów rozległy się oklaski. Roland nie potrafił się już powstrzymać, odwrócił się i poszukał wzrokiem dziewczyny. Ich spojrzenia spotkały się. Przez krótką chwilę Susan patrzyła na niego szczerze, otwarcie i zrozumiał, że ich spotkanie wstrząsnęło nią co najmniej tak jak nim. Starsza, podobna do niej kobieta pochyliła się, szepnęła jej coś do ucha. Susan Delgado odwróciła się - twarz miała spokojną, nieruchomą jak maska, ale to, co myślała, widoczne było w jej szarych oczach. Roland znów przypomniał sobie powiedzenie, głoszące, że to, co zrobione, można odrobić...
8
Kiedy przechodzili do sali jadalnej, w której na potrzeby tego wieczoru ustawiono cztery stoły na kozłach tak ciasno, że trzeba było się między nimi przeciskać, Cordelia złapała bratanicę za rękę, odciągając ją od burmistrza i Jonasa, rozmawiających z Franem Lengyllem.
- Dlaczego tak na niego patrzyłaś, panienko? - wyszeptała z wściekłością. Na jej czole pojawiła się pionowa zmarszczka, głęboka jak górski kanion. - Co chodzi po tej waszej ślicznej, głupiej główce?
"Waszej". To jedno słowo wystarczyło, by Susan zorientowała się, że ciotka jest wściekła.
- Na kogo patrzyłam? I co znaczy "tak"? - Jej glos brzmiał spokojnie i obojętnie, ale serce, och, serce...
Dłoń ciotki zacisnęła się mocno na jej dłoni.
- Nie igraj ze mną, Panno Och Tak Młoda i Taka Śliczna! Widziałaś już kiedyś tego jakże eleganckiego młodzieńca? Nie waż się kłamać!
- Jakim sposobem? Ciociu, to boli!
Ciotka Cordelia uśmiechnęła się złym uśmiechem i wzmocniła uścisk.
- Lepszy mały ból teraz niż wielki później. Opanuj zuchwałość, panienko. I opanuj te swoje bezczelne oczka.
- Ciociu, nie wiem, o czym...
- Moim zdaniem wiesz doskonale. - Ciotka pchnęła dziewczynę na obitą drewnianą boazerią ścianę, by goście mogli ominąć je bez problemu. Kiedy ranczer, który miał szopę na łodzie obok ich szopy, przywitał się z nimi uprzejmie, Cordelia odpowiedziała mu równie grzecznie, z uśmiechem. I natychmiast odwróciła się do bratanicy.
- Uważaj, panienko, uważaj, co powiem. Skoro ja widziałam te twoje krowie ślepia, możesz być pewna, że widziała je też połowa gości. No cóż, co się stało, to się nie odstanie, ale teraz... koniec. Skończył ci się czas dziecinnych zabaw. Zrozumiałaś?
Susan milczała. Twarz miała nieruchomą, zaciętą w uporze, którego Cordelia nie znosiła w niej najbardziej ze wszystkiego. Ilekroć dostrzegła w zachowaniu dziewczyny objawy nieustępliwości, miała ochotę uderzyć ją i bić, aż z nosa pójdzie jej krew, a te wielkie krowie oczy nabiegną łzami.
- Dałaś słowo, podpisałaś umowę. Z rąk do rąk przeszły papiery i pieniądze, wiedźma wypowiedziała swą opinię. Obiecałaś, panienko, nie zapominaj o tym. Jeśli dla ciebie nic to nie znaczy, pomyśl, czym słowo było dla twojego ojca. Oczy Susan zaszkliły się łzami, co natychmiast poprawiło humor Cordelii. Uważała brata za nieszczęście i stały powód do irytacji - jedyne co mu się udało, to ta wręcz przesadnie ładna dziewczyna - ale przydawał się od czasu do czasu, nawet martwy.
- A teraz obiecaj mi, że wzrok będziesz miała spuszczony, a jeśli zobaczysz, że ten chłopak próbuje się do ciebie zbliżyć, ominiesz go szerokim, ano tak, bardzo szerokim łukiem i nie pozwolisz mu do siebie podejść. - Obiecuję, ciociu - szepnęła Susan. - Naprawdę, obiecuję.
Cordelia uśmiechnęła się. Uśmiechnięta wyglądała nawet ładnie.
- Więc wszystko w porządku. Doskonale, idziemy. Z pewnością już na nas czekają. Weź mnie pod rękę, dziecko.
Susan ujęła upudrowane ramię ciotki. Weszły do sali jadalnej, idąc obok siebie, z szelestem sukien. Spoczywający na pełnych piersiach dziewczyny wisior ze szmaragdem błyskał odbitym światłem. Wielu gości zauważyło i skomentowało fakt, że takie są do siebie podobne i takie ładne i że biedny Pat Delgado byłby z nich bardzo dumny.
|
|
| | | |
| |
Subskrypcja |
|