|
|
Mroczna Wieża II: Powołanie trójki Rozdział I: Drzwi
|
1
Trzy. To liczba twojego przeznaczenia.
Trójka?
Tak, trójka jest mistyczna. Trójka stoi w sercu mantry.
Jaka trójka?
Pierwszy jest młody, ciemnowłosy. Stoi na krawędzi rozboju i morderstwa. Opętał go demon. A imię tego demona brzmi HEROINA.
Jaki to demon? Nie znam go, nawet z dziecinnych opowieści.
Próbował mówić, ale oba głosy zamilkły, głos wyroczni i gwiezdnej dziwki, kurwy wiatrów. Zobaczył kartę, która, koziołkując, spadała znikąd donikąd, obracając się bez końca w leniwym mroku. Na niej pawian szczerzył kły nad ramieniem ciemnowłosego młodzieńca. Niepokojąco ludzkie palce tak mocno zacisnął na karku młodego człowieka, że ich czubki pogrążyły się w ciele. Przyjrzawszy się dokładniej, rewolwerowiec dojrzał bicz w jednej z tych morderczo zaciśniętych łap. Twarz ciemiężonego młodzieńca zdawała się kurczyć w bezgłośnym przerażeniu.
Więzień, szeptał przyjaźnie człowiek w czerni (niegdyś będący mężczyzną noszącym imię Walter, mężczyzną, któremu rewolwerowiec ufał). Trochę denerwujące, prawda? Trochę denerwujące... trochę denerwujące... trochę...
2
Rewolwerowiec gwałtownie się ocknął, machając okaleczoną ręką, przekonany, że za chwilę rzuci się na niego jeden z tych monstrualnych skorupiaków z Morza Zachodniego, rozpaczliwie dopytując się o coś w obcym języku i odcinając mu głowę.
Zamiast kraba jakiś morski ptak, zwabiony lśniącymi w porannym słońcu guzikami koszuli, odleciał z krzykiem przerażenia.
Roland usiadł.
Ręka pulsowała boleśnie, miarowo. Prawa stopa również. Oba palce i paluch wciąż uparcie twierdziły, że są na swoich miejscach. Dolna połowa jego koszuli zniknęła, a to, co pozostało, przypominało obszarpaną kamizelkę. Część materiału zużył do zabandażowania dłoni, a resztą owiązał stopę.
Idźcie sobie - powiedział do utraconych części ciała. Jesteście tylko duchami. Odejdźcie.
Trochę pomogło. Niewiele, ale trochę. Były duchami, owszem, lecz bardzo żywotnymi.
Zjadł suszone mięso. Jego podniebieniu niezbyt się to podobało, a żołądkowi jeszcze mniej, rewolwerowiec jednak uparł się. Kiedy napełnił brzuch, poczuł się trochę lepiej. Zostało mu jednakże niewiele mięsa. Z tym też będą trudności.
A przecież miał sprawy do załatwienia.
Chwiejnie stanął na nogi i rozejrzał się wokół. Ptaki krążyły i nurkowały, lecz świat zdawał się należeć tylko do niego i do nich. Szkaradzieństwa zniknęły. Może polowały nocą, a może podczas przypływu. W tym momencie nie stanowiło to żadnej różnicy.
Morze było ogromne i spotykało się z horyzontem w zasnutym błękitną mgiełką punkcie, którego nie dało się określić. Na dłuższą chwilę rewolwerowiec zapomniał o bólu, kontemplując ten widok. Nigdy nie widział tyle wody. Oczywiście czytał bajki o morzu, a nauczyciele - przynajmniej niektórzy - zapewniali go, że ono istnieje. Mimo to widok tak rozległej, tak zdumiewającej powierzchni wody po latach przebywania na pustynnym lądzie był trudny do zaakceptowania... a nawet trudny do ogarnięcia.
Spoglądał przez długi czas w zachwycie, nakazując sobie patrzeć, z podziwu zapominając o bólu.
Był jednak ranek i musiał jeszcze załatwić kilka spraw.
Wymacał żuchwę w tylnej kieszeni spodni, ostrożnie przesuwając po niej nasadą prawej dłoni, nie chcąc dotknąć jej kikutami palców, aby nieustanny szloch dłoni nie zmienił się w krzyk.
Była tam.
W porządku.
Następna sprawa.
Niezdarnie odpiął pasy z rewolwerami i położył je na rozgrzanej słońcem skale. Wziął do rąk rewolwery, odchylił bębenki i wyjął bezużyteczne naboje. Wyrzucił je. Zwabiony błyskiem ptak rzucik się na jeden z nich, chwycił go dziobem, po czym upuścił i odleciał.
Teraz powinien zająć się samymi rewolwerami, powinien zrobić to wcześniej, ponieważ jednak na tym czy jakimkolwiek innym świecie wszelka broń palna bez amunicji nadaje się najwyżej na pałkę, rewolwerowiec położył pasy z nabojami na podołku i powoli przesunął lewą dłonią po skórze.
Od klamry i sprzączki aż do miejsca, gdzie skrzyżowane pasy schodziły na biodra wszystkie naboje były wilgotne. Ostrożnie wyjął te z suchej części pasów. Jego prawa dłoń uparcie próbowała się tym zająć, wciąż zapominając o swoim kalectwie... mimo bólu. Raz po raz musiał z powrotem opuszczać ją na kolano, jakby była psem zbyt głupim lub krnąbrnym, by słuchać pana. Oszołomiony rewolwerowiec raz czy dwa o mało jej nie uderzył.
Widzę, że będą poważne kłopoty - kolejny raz przemknęło mu przez myśl.
Usypał z tych naboi, być może jeszcze dobrych, przygnębiająco mały stosik. Dwadzieścia. Niemal na pewno część z nich nie wypali. Nie mógł polegać na żadnym. Wyjął pozostałe i ułożył z nich drugi stosik. Trzydzieści siedem.
Cóż, i tak nie miałeś ich za wiele - pomyślał, chociaż zdawał sobie sprawę z różnicy między pięćdziesięcioma siedmioma dobrymi pociskami a dwudziestoma. Lub dziesięcioma. Czy pięcioma. Albo jednym. A może żadnym.
Z tych niepewnych naboi ułożył drugi stos.
Wciąż miał swoją torbę. To dobrze. Położył ją sobie na kolanach, a potem przystąpił do rozkładania rewolwerów i rozpoczął rytuał czyszczenia. Zanim skończył, minęły dwie godziny i ból stał się tak okropny, że kręciło mu się w głowie i z trudem zbierał myśli. Chciał spać. Nigdy w życiu niczego bardziej nie pragnął. Na służbie jednak żaden powód nie usprawiedliwia zaniedbania obowiązków.
- Cort - powiedział głosem, którego sam nie rozpoznał, i uśmiechnął się ponuro.
Powoli, powolutku, złożył rewolwery i załadował je nabojami, które uznał za suche. Kiedy skończył, wziął ten przeznaczony dla lewej ręki, odciągnął kurek... a potem stopniowo przywrócił go do pierwotnej pozycji. Chciał wiedzieć, owszem. Chciałby się przekonać, czy po naciśnięciu spustu usłyszy zadowalający huk, czy też tylko rozczarowujący suchy trzask. Trzask jednakże niczego by nie zmienił, a huk wystrzału tylko zmniejszyłby liczbę z dwudziestu do dziewiętnastu... lub dziewięciu... albo do trzech... lub nie pozostałoby nic.
Oddarł kolejny kawałek koszuli, położył na nim pozostałe naboje - te, które zamokły - po czym lewą ręką zawiązał węzełek, pomagając sobie zębami. Schował zawiniątko do torby.
Śpij - domagało się ciało. Śpij, musisz teraz spać, jeszcze przed zmrokiem, nic innego ci nie pozostało, jesteś wykończony...
Z trudem wstał i rozejrzał się po pustej plaży. Miała kolor długo niepranej bielizny i była usłana bezbarwnymi muszelkami. Tu i ówdzie z gruboziarnistego piasku wystawały wielkie głazy pokryte solidną skorupą guana, którego starsze warstwy były żółte jak niemyte zęby, a świeższe białe niczym kreda.
Linię przypływu znaczył wysychający morszczyn. Roland dostrzegł leżące tuż za nią resztki swojego buta i bukłaki na wodę. Pomyślał, że to prawie cud, iż wysokie fale nie wciągnęły, ich do morza. Idąc powoli, bardzo utykając, rewolwerowiec podszedł do nich. Wziął jeden, podniósł na wysokość ucha i potrząsnął. Drugi był pusty. W tym pozostała jeszcze odrobina wody. Mało kto potrafiłby je rozróżnić, lecz rewolwerowiec znał je tak dobrze, jak matka swoje dzieci-bliźnięta. Podróżował z tymi bukłakami przez długi, długi czas. W środku plusnęła woda. To dobrze - dar losu. Zarówno ten stwór, który go zaatakował, jak i każdy z jego pobratymców mógł przeciąć bukłak jednym kłapnięciem dzioba lub cięciem szczypiec, tymczasem kraby i przypływ oszczędziły oba. Napastnika nigdzie nie było widać, mimo że zakończyli pojedynek spory kawałek od wody. Być może szczątki porwali inni drapieżcy, a może jego pobratymcy wyprawili mu morski pogrzeb, tak jak podobno chowały swoich zmarłych olbrzymie stworzenia, o których opowiadano bajki.
Oparł bukłak na lewym łokciu, napił się i poczuł, że wracają mu siły. Oczywiście prawy but był zniszczony... choć błysnęła mu iskierka nadziei. Sama podeszwa okazała się cała - trochę zadrapana, ale cała, więc może udałoby się wyciąć z niej sandał, który wytrzymałby przynajmniej do czasu, aż...
Nagle ogarnęła go słabość. Walczył z nią, lecz kolana się pod nim ugięły i ciężko usiadł na ziemi, przygryzając sobie język.
Nie zemdlejesz - pomyślał ponuro. Nie tutaj, gdzie następny stwór może pojawić się wieczorem i dokończyć robotę.
Tak więc wstał i przymocował sobie pusty bukłak do pasa, ale przeszedł zaledwie dwadzieścia kroków w kierunku miejsca, gdzie zostawił broń oraz torbę, gdy znowu upadł, prawie tracąc przytomność. Leżał tak przez chwilę, z policzkiem przyciśniętym do piasku, a ostra krawędź muszli wbiła mu się w szczękę tak mocno, że prawie kaleczyła go do krwi. Zdołał napić się wody z bukłaka, po czym doczołgał się do miejsca, gdzie się poprzednio ocknął. Dwadzieścia jardów w górę zbocza rosło drzewo Jozuego - karłowate, ale rzucające trochę cienia.
Rolandowi ta odległość wydawała się dwudziestoma milami. Mozolnie zataszczył resztki swojego dobytku w tę niewielką kałużę cienia. Położył się tam z głową w trawie, powoli pogrążając się w tym, co mogło być snem, omdleniem lub śmiercią. Spojrzał w niebo i spróbował określić czas. Południe jeszcze nie minęło, ale było tuż-tuż, o czym świadczyły plamy cienia, w którym spoczywał. Leżał jeszcze chwilę, zgiąwszy prawą rękę i przyglądając się jej z bliska, szukając symptomu świadczącego o zakażeniu lub powolnym działaniu jakiejś silnej trucizny.
Dłoń wciąż była ciemnoczerwona. Zły znak.
Będę bił konia lewą ręką - pomyślał. Zawsze to coś.
Potem zapadł w ciemność i spał przez następne szesnaście godzin, a szum Morza Zachodniego nieustannie wdzierał mu się do uszu.
3
Kiedy się obudził, morze kryło się w mroku, lecz niebo na wschodzie leciutko jaśniało. Nadchodził ranek. Rewolwerowiec usiadł i o mało nie poddał się falom mdłości.
Pochylił głowę i czekał.
Nudności minęły, a on spojrzał na swoją dłoń. Oczywiście rana była zakażona - świadczyło o tym zaczerwienienie i opuchlizna obejmująca całą dłoń aż do nadgarstka. Tam się kończyła, ale już dostrzegł niewyraźne zarysy czerwonych linii, które w końcu dotrą do serca i zabiją go. Był spocony z gorączki.
Potrzebne mi lekarstwo - pomyślał. Tyle że tu nie ma żadnych lekarstw.
Czyżby dotarł tak daleko tylko po to, żeby umrzeć? Na pewno nie. A gdyby nawet mimo swej determinacji miał zginąć, to zginie w drodze do Wieży.
Jakże jesteś niezwykły, rewolwerowcze! - zachichotał w jego głowie człowiek w czerni. Jaki niepokonany! Jakże romantyczny z tą swoją idiotyczną obsesją!
- Pieprzę cię - wyrzęził i napił się. Wody też nie zostało mu dużo. Miał przed sobą całe morze i co mu z tego; woda, wszędzie woda, ale ani kropelki do picia. Nic nie szkodzi.
Założył pasy z amunicją i zapiął je - ta czynność trwała tak długo, że zanim skończył, pierwsze słabe promienie świtu rozjaśniły niebo, zapowiadając dzień - a potem spróbował wstać. Wcale nie był pewien, czy mu się uda.
Lewą ręką przytrzymując się drzewa Jozuego, prawą podniósł prawie pusty bukłak i przerzucił go przez ramię. Potem torbę. Kiedy się wyprostował, znów poczuł się słabo i pochylił głowę, cierpliwie czekając.
Doszedł do siebie.
Idąc chwiejnym, niepewnym krokiem człowieka w ostatnim stadium upojenia alkoholowego, rewolwerowiec z powrotem zszedł na plażę. Stanął, spoglądając na ciemny jak wino z jeżyn ocean, a potem wyjął z torby resztę suszonego mięsa. Zjadł połowę i tym razem zarówno podniebienie, jak i żołądek znacznie chętniej przyjęły posiłek. Odwrócił się i zjadł resztę, obserwując słońce wychodzące zza gór, w których zginął Jake. W pierwszej chwili wydawało się, że utknęło między kłami nagich szczytów, ale zaraz uniosło się ponad nie.
Roland wystawił twarz ku słońcu, zamknął oczy i uśmiechnął się. Skończył mu się zapas suszonego mięsa.
Pomyślał: Bardzo dobrze. Jestem teraz człowiekiem bez żywności, bez dwóch palców u ręki i jednego palucha u nogi. Jestem rewolwerowcem mającym naboje, które mogą nie wypalić, i zakażoną ranę po ugryzieniu potwora, natomiast nie mam żadnych lekarstw. Wody wystarczy mi w najlepszym razie na jeden dzień, a jeśli zbiorę wszystkie siły, może uda mi się przejść kilkanaście mil. Krótko mówiąc, jestem na krawędzi.
W którą stronę powinien pójść? Przyszedł ze wschodu, a na zachód nie mógł ruszyć, nie mając sił świętego lub zbawcy. Tak więc pozostawała północ i południe.
Północ.
Taką odpowiedź podsuwało mu serce. Nie pozostawiało żadnej wątpliwości.
Na północ.
Rewolwerowiec ruszył.
4
Szedł przez trzy godziny. Dwa razy upadł i za drugim razem nie wierzył, że jeszcze zdoła się podnieść. Wtedy nadciągnęła fala, dostatecznie blisko, by przypomniał sobie o broni i stanął na drżących jak galareta nogach, zanim zdał sobie z tego sprawę.
Sądził, że przez te trzy godziny udało mu się przejść mniej więcej cztery mile. Teraz słońce zaczynało grzać, ale nie tak mocno, żeby spowodować łupanie w głowie i sprawić, że po twarzy spływał mu pot, tak samo jak wiejący znad morza wietrzyk nie był dostatecznie silny, aby wywołać nagłe ataki dreszczy, pod wpływem których dostawał gęsiej skórki i szczękał zębami.
Gorączka, rewolwerowcze - zachichotał człowiek w czerni. To, co zostało w ranie, roznieciło pożar.
Czerwone linie infekcji były teraz lepiej widoczne: przesunęły się od prawego przegubu do połowy przedramienia.
Przeszedł jeszcze ponad milę i wypił resztę wody. Przywiązał bukłak do pasa, obok pierwszego. Krajobraz był monotonny i ponury. Morze po prawej, góry po lewej, a szary i usiany muszelkami piach pod podeszwami sfatygowanych butów. Nadciągające i cofające się fale. Wypatrywał koszmarnych homarów, ale nie dostrzegł żadnego. Maszerował znikąd donikąd, człowiek z innego czasu, który najwidoczniej dotarł do kresu nicości.
Tuż przed południem znowu upadł i wiedział, że nie uda mu się wstać. A więc to tutaj. To już koniec... po tym wszystkim.
Zdołał utrzymać się na czworakach i uniósł głowę... jak zamroczony bokser. Nieco dalej, może o milę lub trzy (trudno mu było ocenić odległość na tym bezkresnym pasie piachu i w gorączce, od której oczy wychodziły mu z orbit), zobaczył coś nowego. Coś stało na plaży.
Co to takiego?
(trzy)
Nieważne.
(to liczba twojego przeznaczenia)
Rewolwerowiec jeszcze raz zdołał podnieść się z ziemi. Wyrzęził coś, jakieś błaganie, które usłyszały tylko krążące na niebie morskie ptaki (z jaką przyjemnością wydziobałyby mi oczy - pomyślał - z jaką przyjemnością połknęłyby takie smakowite kąski!), i poszedł dalej, zataczając się jeszcze bardziej i zostawiając za sobą przedziwnie kręty, a czasem zapętlony ślad.
Nie odrywał wzroku od tego, co stało na plaży. Kiedy włosy opadły mu na oczy, odgarnął kosmyk na bok. Wydawało się, że wcale nie zbliża się do tego czegoś. Słońce osiągnęło swój najwyższy punkt na nieboskłonie i pozostawało w nim o wiele za długo. Roland wyobraził sobie, że znów jest na pustyni, gdzieś w pobliżu chaty ostatniego osadnika,
(fasola, fasola, muzyczny przysmak, im więcej żresz, tym częściej prykasz)
i ujrzał zajazd, gdzie chłopak
(twój Izaak)
oczekiwał na jego przybycie.
Kolana ugięły się pod nim, wyprostowały, ugięły i znów wyprostowały. Gdy włosy ponownie opadły mu na oczy, nie fatygował się ich odgarnianiem - już nie miał na to siły. Patrząc na ten obiekt, który teraz stanowił wąski cień na tle gór, rewolwerowiec szedł dalej.
Rozpoznał go mimo gorączki.
Były to drzwi.
Niecałe czterysta jardów od nich kolana znowu ugięły się pod Rolandem i tym razem nie zdołał ich wyprostować. Upadł, uderzając prawą ręką o ziarnisty piach i muszle, a kikuty palców zawyły, gdy pękły świeże strupy. Znowu zaczęły krwawić.
Zaczął się czołgać. Pełznął, mając w uszach nieustanny szum nadciągających i wycofujących się fal Morza Zachodniego. Podpierał się łokciami i kolanami, pozostawiając wgłębienia w piasku, tuż za linią przypływu, zaznaczoną przez schnące pasma brudnozielonego morszczynu. Podejrzewał, że wiatr wciąż wieje - na pewno, gdyż dreszcze wstrząsały całym jego ciałem - lecz jedyne podmuchy, jakie słyszał, dobywały się z jego udręczonych płuc.
Drzwi były już bliżej.
Bliżej.
W końcu, około trzeciej po południu tego okropnego dnia, gdy cień po lewej zaczął się wydłużać, rewolwerowiec dotarł do nich. Przykucnął i spojrzał na nie znużonym wzrokiem.
Miały ponad sześć stóp wysokości i wyglądały na zrobione z twardego tekowego drewna, chociaż najbliższe z takich drzew rosło co najmniej siedemset mil stąd. Klamka wydawała się złota i ozdobiona filigranowym wzorem, który rozpoznał dopiero po chwili: uśmiechnięty pysk pawiana.
W gałce, nad nią i pod nią nie było dziurki od klucza.
Drzwi miały zawiasy, lecz nieprzymocowane do niczego - a przynajmniej tak mi się zdaje, pomyślał rewolwerowiec. To zagadka, naprawdę cudowna zagadka, tylko jakie to ma znaczenie? Umierasz. Zbliżasz się do rozwiązania swojej własnej tajemnicy - jedynej, jaka naprawdę ma znaczenie dla każdego mężczyzny i każdej kobiety.
Mimo wszystko wydawało się, że ma to jakieś znaczenie.
Te drzwi. Znajdujące się w miejscu, gdzie nie powinno ich być. Po prostu stały sobie na szarym piasku, dwadzieścia stóp nad linią wody, sprawiając wrażenie odwiecznych jak morze i rzucając skośny, skierowany na wschód cień w chylącym się już ku zachodowi słońcu.
Mniej więcej na dwóch trzecich ich wysokości widniało słowo napisane czarnymi literami w języku Wysokiej Mowy:
WIĘZIEŃ
Opętał go demon. A imię tego demona brzmi HEROINA.
Rewolwerowiec usłyszał głuchy, przeciągły dźwięk. Z początku pomyślał, że to wiatr lub odgłos zrodzony w jego rozgorączkowanej głowie, lecz z każdą chwilą nabierał pewności, że to dźwięk silników... dochodzący zza tych drzwi.
Otwórz je. Nie są zamknięte. Wiesz, że nie są zamknięte.
Zamiast tego niezdarnie podniósł się z ziemi, podszedł do drzwi i zajrzał za nie.
Za nimi nie było niczego. Tylko ciemnoszary piach, ciągnący się jak okiem sięgnąć. Tylko fale, muszle, linia przypływu oraz jego własne ślady - wgłębienia pozostawione przez buty i łokcie. Spojrzał jeszcze raz i szerzej otworzył oczy. Tutaj nie było drzwi, a jedynie ich cień.
Zaczął wyciągać prawą rękę - och, ona tak wolno przyzwyczajała się do nowej roli, jaką miała teraz odgrywać w jego życiu - po czym opuścił ją i podniósł lewą. Pomacał na oślep, szukając twardej powierzchni.
Jeśli ją wymacam, zastukam w powietrze - pomyślał. To będzie interesujące zajęcie przed śmiercią!
Jego dłoń napotkała tylko powietrze, chociaż wyciągnął ją daleko poza miejsce, gdzie powinny być te drzwi - nawet niewidzialne.
Nie było w co pukać.
I warkot silników - jeśli naprawdę był to ten dźwięk - też ucichł. Teraz Roland słyszał jedynie wiatr, fale i cichy szum w swojej głowie. Powoli przeszedł z powrotem na drugą stronę nieistniejących drzwi, myśląc, że od początku były halucynacją i...
Stanął jak wryty.
Zaledwie przed chwilą patrzył na zachód, na nieciekawy widok szarego, pofalowanego morza, gdy nagle w polu widzenia pojawiły się drzwi. Zobaczył ich zamek, wyglądający również na złoty, ze sterczącą zasuwą, przypominającą krzepki metalowy jęzor. Roland odrobinę odwrócił głowę na północ i drzwi znikły. Odwrócił ją z powrotem i znów tam były. Nie pojawiły się - po prostu tam były.
Obszedł je i stanął twarzą do nich, chwiejąc się.
Mógłby obejść je i stanąć od strony morza, ale był przekonany, że wszystko się powtórzy, tyle że tym razem on upadnie i nie wstanie.
Ciekawe, czy mógłbym przejść przez nie od strony nicości?
Och, miał wiele powodów do rozmyślań, lecz prawda była prosta: oto na bezludnej plaży znajdowały się drzwi i miał tylko dwie możliwości: otworzyć je lub pozostawić zamknięte.
Rewolwerowiec z wisielczym humorem pomyślał, że może nie umrze tak szybko, jak się spodziewał. Czy w przeciwnym razie bałby się aż tak bardzo?
Wyciągnął lewą rękę i dotknął klamki. Nie zaskoczył go ani śmiertelny chłód metalu, ani ognisty żar cienkich, wyrytych tam runów. Obrócił klamkę. Kiedy pociągnął za nią, drzwi się otworzyły. Była to ostatnia rzecz, jakiej mógł się spodziewać. Spojrzał, zamarł, wydał pierwszy krzyk przerażenia w swoim dorosłym życiu i zatrzasnął drzwi. Nie było niczego, o co mogłyby trzasnąć, a mimo to zatrzasnęły się z hukiem, aż morskie ptaki z wrzaskiem zerwały się z głazów, na których przysiadły, aby go obserwować.
5
Zobaczył ziemię widzianą z jakiejś niewiarygodnej wysokości - chyba bardzo wielu mil. Ujrzał przesuwające się po niej cienie chmur przepływających niczym sny. Widział to, co mógłby widzieć orzeł, gdyby zdołał wzbić się trzykrotnie wyżej niż najsilniejszy przedstawiciel jego gatunku.
Przejście przez te drzwi oznaczało długi, wielominutowy upadek, zakończony uderzeniem, które wbije ciało głęboko w ziemię.
Nie, widziałeś coś więcej.
Zastanawiał się nad tym, siedząc ogłupiały na piasku przed zamkniętymi drzwiami i trzymając na podołku zranioną rękę. Zakażenie wkrótce dotrze do serca, nie było co do tego wątpliwości.
W myślach usłyszał głos Corta.
Posłuchajcie mnie, robaki. Słuchajcie, jakby od tego zależało wasze życie, gdyż tak kiedyś może być. Nigdy nie widzi się wszystkiego, co można dostrzec. Jednym z powodów, dla których przysłali was do mnie, jest to, żebym pokazał wam wszystko, czego nie zauważacie - czego nie dostrzegacie, kiedy się boicie, walczycie, uciekacie lub pieprzycie się. Żaden człowiek nie widzi wszystkiego, na co patrzy, lecz zanim zostaniecie rewolwerowcami - a przynajmniej ci, którzy nie zginą - zobaczycie jednym rzutem oka więcej niż niektórzy ludzie przez całe życie. A część tego, czego nie zauważycie od razu, dostrzeżecie później oczami pamięci - jeśli pożyjecie dostatecznie długo, żeby sobie przypomnieć. Bo różnica między dostrzeganiem a przeoczeniem może być różnicą między życiem a śmiercią.
Widział ziemię z tej ogromnej wysokości (w jakiś sposób bardziej niepokojącą i zniekształconą niż wizja młodości, którą ujrzał tuż przed zakończeniem swego starcia z człowiekiem w czerni, gdyż to, co zobaczył przez te drzwi, wcale nie było wizją). Z trudem zdołał się skupić na tyle, by zauważyć, że ziemia, na którą patrzył, nie była pustynią ani morzem, lecz jakimś niewiarygodnie zielonym miejscem, usianym taflami wody, które nasuwały myśl o bagnach, ale...
Z trudem zdołałeś się skupić, przedrzeźniał go jadowity głos Corta. Widziałeś więcej!
Tak.
Zobaczył biel.
Białe krawędzie.
Brawo, Rolandzie! - wykrzyknął Cort w jego myślach i Roland prawie poczuł klepnięcie twardej, pokrytej odciskami dłoni. Skrzywił się.
Spoglądał przez okno.
Rewolwerowiec z trudem wstał, wyciągnął rękę, poczuł w dłoni chłód i gorące linie cienkich rytów. Ponownie otworzył drzwi.
6
Widok, którego oczekiwał - ten obraz ziemi widzianej z jakiejś potwornej, niewyobrażalnej wysokości - znikł. Roland spoglądał na słowa, których nie rozumiał. A przecież był tego bliski. Wyglądały jak powykręcane Wielkie Znaki...
Nad słowami znajdował się obrazek jakiegoś pojazdu, nie konnego, lecz poruszanego siłą silnika; podobno było ich mnóstwo, zanim ten świat poszedł naprzód. Nagle rewolwerowiec przypomniał sobie to, co mówił mu zahipnotyzowany Jake w zajeździe.
Ten pojazd ze stojącą obok roześmianą kobietą w futrzanej etoli mógł być właśnie tym, który przejechał Jake'a w tamtym obcym świecie.
To jest tamten świat - pomyślał rewolwerowiec.
Nagle widok...
Nie zmienił się, lecz przesunął. Rewolwerowiec zachwiał się, walcząc z zawrotem głowy i mdłościami. Słowa i obraz opadły niżej i ujrzał przejście z dwoma rzędami foteli po obu stronach. Niektóre były puste, lecz na większości siedzieli ludzie ubrani w dziwne stroje. Zapewne były to garnitury, ale jeszcze nigdy takich nie widział. Ozdoby, jakie nosili na szyjach, mogły być szarfami lub krawatami, lecz takich też nigdy przedtem nie widział. A ponadto, o ile mógł stwierdzić, żaden z nich nie był uzbrojony. Rewolwerowiec nie dostrzegł ani jednego sztyletu, ani miecza, nie mówiąc o rewolwerze. Cóż to za ufne stado owiec? Niektórzy czytali z arkuszy papieru, pokrytych drobnymi literami - przerywanymi tu i ówdzie przez obrazki - podczas gdy inni pisali coś po nich piórami, które widział po raz pierwszy w życiu. Te pióra jednak nie miały dla niego znaczenia. W przeciwieństwie do papieru. Żył w świecie, w którym papier był równie cenny jak złoto. Jeszcze nigdy nie widział tyle papieru. Od czasu do czasu
jeden z siedzących tam mężczyzn wydzierał kartkę z żółtego notatnika, który trzymał na kolanach, i miął ją w kulę, chociaż zapisał zaledwie połowę jednej strony, a druga pozostała pusta. Nawet w swoim kiepskim stanie rewolwerowiec poczuł dreszcz zgrozy i oburzenia na widok tak potwornego marnotrawstwa.
Dalej znajdowała się ukośna biała ściana z rzędem okien. Niektóre z nich były zasłonięte dziwnymi zasłonkami, przez inne było widać błękitne niebo. Nagle w drzwiach pojawiła się kobieta ubrana w strój wyglądający jak uniform, który wzbudził jeszcze większe zdumienie Rolanda. Ten mundurek był jasnoczerwony i w jego skład wchodziły spodnie. Rewolwerowiec dostrzegł miejsce, w którym nogi kobiety przechodziły w krocze. Czegoś takiego również jeszcze nigdy nie widział u nierozebranej kobiety.
Podeszła tak blisko drzwi, że wydawało mu się, że zaraz przez nie przejdzie. Gwałtownie się cofnął, ale na szczęście nie upadł. Spojrzała na niego z wystudiowaną troską osoby, która ma służyć, a jednocześnie jest panią swego losu. To nie interesowało rewolwerowca. Natomiast zaciekawiło go, że wyraz jej twarzy wcale się nie zmienił. Nie tego należało oczekiwać po kobiecie - a właściwie po każdym, kto ujrzał brudnego, chwiejącego się, wyczerpanego mężczyznę z rewolwerami na biodrach, z prawą dłonią owiniętą zakrwawioną szmatą, w dżinsach wyglądających tak, jakby ktoś skrócił je piłą.
- Chciałby pan...? - spytała kobieta w czerwieni.
Powiedziała coś więcej, ale rewolwerowiec tego nie zrozumiał. Jedzenie lub picie, pomyślał. Ten czerwony materiał nie był bawełną. Jedwab? Trochę podobny do jedwabiu, ale...
- Dżin - usłyszał głos i zrozumiał go.
Nagle zrozumiał znacznie więcej.
Nie widział drzwi.
To były oczy.
Chociaż wydawało się to szaleństwem, dostrzegał część powozu, który sunął po niebie. Spoglądał czyimiś oczami.
Czyimi?
Przecież dobrze wiedział. Patrzył oczami więźnia.
|
|
| | | |
| |
Subskrypcja |
|