|
|
Mroczna Wieża III: Ziemie jałowe Rozdział II: Klucz i róża
|
5
Wydarzyło się to trzy tygodnie wcześniej.
Nie można było powiedzieć "wszystko zaczęło się trzy tygodnie wcześniej", ponieważ sugerowałoby to jakiś postęp, a takowego wcale nie było. Zmieniały się tylko te głosy, zaciekłość, z jaką każdy z nich upierał się przy własnej wersji rzeczywistości, ale poza tym wszystko wydarzyło się jednocześnie.
Opuścił dom o ósmej rano i poszedł do szkoły. Zawsze chodził pieszo przy sprzyjającej pogodzie, a w ten majowy dzień była po prostu wspaniała. Ojciec poszedł do pracy, matka jeszcze leżała w łóżku, a pani Greta Shaw siedziała w kuchni, pijąc kawę i czytając "New York Post".
- Dzień dobry, Greto - powiedział. - Idę do szkoły.
Pomachała mu ręką, nie odrywając oczu od gazety.
- Miłego dnia, Johnny.
Wszystko jak zwykle. Dzień jak co dzień.
I taki też był przez tysiąc pięćset następnych sekund. Potem wszystko się zmieniło - na zawsze.
Jake wlókł się z teczką w jednej, a woreczkiem śniadaniowym w drugiej ręce, oglądając wystawy. Siedemset dwadzieścia sekund przed końcem swego dotychczasowego życia przystanął, aby spojrzeć na wystawę Brendio's, gdzie manekiny w futrach i edwardiańskich strojach zastygły w dziwnych pozach, pogrążone w rozmowie. Myślał tylko o kręglach, na które pójdzie po szkole. Średnio zdobywał sto pięćdziesiąt osiem punktów, całkiem nieźle jak na zaledwie jedenastoletniego chłopca. Marzył o tym, żeby pewnego dnia zostać zawodowym graczem (gdyby ojciec znał ten fakcik, na pewno wyszedłby z siebie).
Teraz zbliżał się - zbliżał się do chwili, która miała pozbawić go zdrowych zmysłów.
Przeszedł przez Trzydziestą Dziewiątą i zostało mu czterysta sekund. Musiał zaczekać na zmianę świateł na Czterdziestej Pierwszej i zostało mu dwieście siedemdziesiąt. Przystanął, żeby obejrzeć witrynę księgarni na rogu Pięćdziesiątej i Czterdziestej Drugiej, po czym zostało mu sto dziewięćdziesiąt sekund. A teraz, mając przed sobą zaledwie trzy minuty zwyczajnego życia, Jake Chambers szedł pod parasolem niewidzialnej siły, którą Roland nazywał ka-tet.
Doznał dziwnego, nieprzyjemnego uczucia. W pierwszej chwili pomyślał, że ktoś go obserwuje, potem zdał sobie sprawę, że to nie dlatego... a raczej nie tylko dlatego. Miał wrażenie, że już tu kiedyś był, że przypomina sobie dawno śniony i prawie zapomniany sen. Czekał, aż to wrażenie minie, ale tak się nie stało. Było coraz silniejsze i zaczęło mieszać się z innym uczuciem, które niechętnie rozpoznał jako strach.
Przed nim, na pobliskim rogu Pięćdziesiątej i Czterdziestej Trzeciej, czarnoskóry mężczyzna w kapeluszu panama ustawiał wózek z preclami i wodą sodową.
To ten krzyczy: Och mój Boże, zabiło go! - pomyślał Jake.
Do narożnika dochodziła gruba kobieta z reklamówką Bloomingdale'a w dłoni.
Ona upuści tę torbę. Wypuści z rąk reklamówkę, przyciśnie dłonie do ust i wrzaśnie. Torba pęknie. W środku jest lalka. Zawinięta w czerwoną bibułkę. Zobaczę to z ulicy. Z miejsca, gdzie będę leżał, z krwią wsiąkającą mi w spodnie i rozlewającą się kałużą wokół mnie.
Za grubą kobietą szedł wysoki mężczyzna w szarym kamgarnowym garniturze w stalowe prążki. W ręku niósł walizeczkę.
To on zwymiotuje sobie na buty. To on upuści dyplomatkę i zwymiotuje na buty. Co się ze mną dzieje?
Nogi same niosły go w kierunku skrzyżowania, które ludzie przekraczali raźnym, szerokim strumieniem. Gdzieś za jego plecami zbliżał się ksiądz-zabójca. Jake wiedział o tym, tak samo jak wiedział, że fałszywy ksiądz za moment wyciągnie ręce, żeby go popchnąć... Mimo to nie mógł się odwrócić. Jak w koszmarnym śnie, kiedy wszystko dzieje się wbrew twojej woli.
Zostały już tylko pięćdziesiąt trzy sekundy. Sprzedawca precli otwierał szufladę z boku wózka.
Zamiera wyjąć butelkę yoo-hoo - pomyślał Jake. Nie puszkę, lecz butelkę. Potrząśnie nią i wypije duszkiem.
Sprzedawca precli wyjął butelkę yoo-hoo, energicznie mą wstrząsnął i odkręcił zakrętkę.
Zostało czterdzieści sekund.
Teraz zmienią się światła.
Zgasł biały napis IDŹ. Czerwony STÓJ zaczął energicznie migotać, zapalając się i gasnąc. Gdzieś, niecałe pół przecznicy dalej, wielki niebieski cadillac już toczył się w kierunku skrzyżowania Pięćdziesiątej z Czterdziestą Trzecią. Jake wiedział o tym, tak samo jak wiedział, że za kierownicą siedzi grubas w kapeluszu mającym prawie taki sam kolor jak jego samochód.
Zaraz umrę!
Chciał wykrzyczeć to głośno idącym beztrosko ulicą ludziom, lecz nie zdołał otworzyć ust. Nogi niosły go w kierunku skrzyżowania. Znak STÓJ przestał migotać i zgasło jego czerwone ostrzeżenie. Sprzedawca precli cisnął pustą butelkę po yoo-hoo do stojącego na narożniku drucianego kosza na śmieci. Gruba kobieta stanęła na rogu po drugiej stronie ulicy, trzymając uchwyt reklamówki. Mężczyzna w stalowym garniturze był tuż za nią. Zostało już tylko osiemnaście sekund.
Czas, by nadjechała ciężarówka - pomyślał Jake.
Przed nim na skrzyżowanie wjeżdżała ciężarówka z namalowanym na burcie uśmiechniętym pajacykiem i napisem HURTOWNIA ZABAWEK TOOKERA, podskakując na wybojach. Jake wiedział, że za jego plecami człowiek w czerni przyspieszył kroku, zmniejszając odległość i wyciągając ręce. Mimo to Jake nie mógł się odwrócić, tak jak nie możesz odwrócić się we śnie, w którym ściga cię coś okropnego.
Uciekaj! A jeśli nie możesz biec, to usiądź i przytrzymaj się znaku z napisem "Zakaz parkowania"! Nie pozwól, żeby to się stało!
Nie był w stanie temu zapobiec. Przed nim, na skraju chodnika, stała młoda kobieta w białym swetrze i czarnej spódniczce. Po jej lewej ręce jakiś Latynos z przenośnym tranzystorem. Donna Summer właśnie kończyła jeden ze swoich przebojów. Jake wiedział, że następnym przebojem będzie Dr Love zespołu Kiss.
Oni rozstąpią się na boki...
W chwili gdy to pomyślał, kobieta zrobiła krok w prawo. Latynos przesunął się nieco w lewo i powstała między nimi luka, w którą zdradzieckie nogi poniosły Jake'a. Dziewięć sekund.
Na ulicy ozdoba maski cadillaca lśniła w jasnym majowym słońcu. Jake wiedział, że ten samochód to model sedan de ville z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku. Sześć sekund. Cadillac przyspieszył. Światła zaraz miały się zmienić i siedzący za kierownicą mężczyzna, grubas w niebieskim kapeluszu z zawadiacko wetkniętym za wstążkę piórkiem, spieszył się, by jeszcze przejechać przez skrzyżowanie. Trzy sekundy. Za plecami Jake'a człowiek w czerni rzucił się naprzód. W tranzystorowym radiu Latynosa skończył się utwór Love to Love You, Baby i zaczął Dr Love.
Dwie.
Cadillac zmienił pas na biegnący bliżej krawężnika i pomknął przez skrzyżowanie, błyskając osłoną chłodnicy jak kłami.
Jedna.
Oddech uwiązł Jake'owi w gardle.
Zero.
- Och! - krzyknął Jake, gdy czyjeś dłonie mocno uderzyły go w plecy, popychając na jezdnię, wypychając go z życia...
Tylko że nikt go nie popchnął.
Mimo to zatoczył się, machając rękami w powietrzu, z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. Latynos z tranzystorem wyciągnął rękę, złapał go za ramię i pociągnął do tyłu.
- Uważaj, mały bohaterze - powiedział. - Bo zmienisz się w mielone.
Cadillac przejechał. Jake zdążył tylko dostrzec grubasa w niebieskim kapeluszu, patrzącego przez przednią szybę.
I wtedy to się stało: wtedy podzielił się na dwie połowy, stając się dwoma chłopcami. Jeden leżał umierający na jezdni. Drugi stał na rogu ulicy, z głębokim zdumieniem patrząc, jak znak STÓJ zmienia się na IDŹ i ludzie zaczynają przechodzić przez ulicę, jakby nic się nie stało... Bo też nic się nie stało.
Ja żyję! - cieszyła się część jego umysłu, krzycząc z ulgi.
Umarłem! - wrzeszczała druga połowa. Leżę martwy na ulicy! Oni wszyscy zebrali się wokół, a człowiek w czerni, który mnie popchnął, mówi "Jestem kapłanem. Przepuśćcie mnie".
Poczuł falę słabości, która ogarnęła całe jego ciało i zmieniła myśli w wydęty spadochronowy jedwab. Zobaczył zbliżającą się grubą kobietę i kiedy go mijała, zajrzał do jej torby. Ujrzał to, czego oczekiwał: jasnoniebieskie oczy lalki, zerkające znad skraju czerwonej bibułki. W następnej chwili kobieta znikła. Sprzedawca precli nie krzyczał: Och mój Boże, zabiło go, lecz rozstawiał swój stragan, pogwizdując przebój Donny Summer, który przed chwilą płynął z radia Latynosa.
Jake się odwrócił, gorączkowo szukając księdza, który wcale nie był kapłanem. Nie znalazł.
Jęknął.
Przestań! Co się z tobą dzieje?
Nie miał pojęcia. Wiedział tylko, że powinien teraz leżeć na ulicy i umierać, podczas gdy gruba kobieta wrzeszczałaby, facet w stalowym kamgarnowym garniturze wymiotowałby na swoje buty, a człowiek w czerni przepychałby się przez tłum.
I w części mojego umysłu właśnie to się dzieje.
Znowu poczuł ogarniającą go słabość. Nagle upuścił worek śniadaniowy na chodnik i z całej siły uderzył się otwartą dłonią w policzek. Jakaś spiesząca do pracy kobieta obrzuciła go dziwnym spojrzeniem. Jake zignorował ją. Zostawił swój lunch na chodniku i wybiegł na skrzyżowanie, nie zwracając uwagi na czerwony znak STÓJ, który znowu zaczął migotać. Teraz nie miało to żadnego znaczenia. Śmierć nadeszła... i poszła dalej, nie zwracając na niego uwagi. To nie miało być tak i w głębi duszy doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale właśnie tak się stało.
Może teraz będzie żył wiecznie.
Na samą myśl znowu chciało mu się wrzeszczeć.
6
Zanim dotarł do szkoły, trochę rozjaśniło mu się w głowie i jego umysł znów zaczął pracować, usiłując przekonać go, że nic się nie stało i wszystko jest w najlepszym porządku. Może rzeczywiście zdarzyło się coś dziwnego, jakiś rodzaj jasnowidzenia, które ukazało mu fragment jednego z wielu możliwych wariantów przyszłości, ale co z tego? Przecież to nic takiego, no nie? Ta myśl podziałała uspokajająco, gdyż była jak jedna z wiadomości, które zawsze wypisywali w tandetnych gazetkach w supermarkecie, tych, które Greta Shaw lubiła czytać, kiedy była pewna, że matki Jake'a nie ma w pobliżu - takich jak "National Enquirer" czy "Inside View". Tylko że, oczywiście, w tych gazetach takie olśnienie zawsze przedstawiano jako wydarzenie o niezwykle doniosłym znaczeniu tak jak w wypadku kobiety, która ujrzała katastrofę samolotu i odwołała rezerwację, albo faceta, który zobaczył swojego brata więzionego w fabryce chińskich ciasteczek szczęścia, co okazało się prawdą. Czy było w tym coś doniosłego, jeśli twoje objawienie pozwalało ci przewidzieć, że za chwilę w radiu puszczą piosenkę Kiss, gruba kobieta będzie niosła w reklamówce od Bloomingdale'a lalkę owiniętą w czerwoną bibułkę, a sprzedawca precli napije się yoo-hoo z butelki, a nie z puszki?
Zapomnij o tym - radził sam sobie. Już po wszystkim.
Wspaniały pomysł, tylko że już w poprzednim semestrze nabrał pewności, że to wcale nie koniec, lecz dopiero początek. Siedział na zajęciach z podstaw algebry, patrząc, jak pan Knopf rozwiązuje na tablicy proste równania, gdy z rosnącym przerażeniem uświadomił sobie, że w jego umyśle pojawia się nowy zestaw wspomnień. Jakby obserwował jakieś dziwne przedmioty, powoli wypływające na powierzchnię mętnej wody.
Jestem w miejscu, którego nie znam - pomyślał. A właściwie dopiero je poznam... albo poznałbym, gdyby przejechał mnie cadillac. To ten zajazd - ale część mojego umysłu jeszcze tego nie wie. Ta część wie tylko, że jest to gdzieś na pustyni i nie ma tam ludzi. Płakałem, ponieważ się bałem. Obawiałem się, że to może być piekło.
O trzeciej godzinie, kiedy dotarł do kręgielni w śródmieściu, wiedział, że w stajni znalazł pompę i napił się wody. Była bardzo zimna, z dużą zawartością soli mineralnych. Wkrótce wejdzie do środka i w pomieszczeniu dawnej kuchni znajdzie niewielki zapas suszonego mięsa. Wiedział to tak jasno i wyraźnie jak to, że sprzedawca precli wyjmie butelkę yoo-hoo, a lalka wyglądająca z reklamówki od Bloomingdale'a będzie miała niebieskie oczy.
To tak, jakby pamiętał przyszłość.
Rzucił tylko dwa razy - za pierwszym uzyskując dziewięćdziesiąt sześć, a za drugim osiemdziesiąt siedem punktów. Timmy spojrzał na jego tabliczkę z wynikami, gdy oddawał ją w kasie. Pokręcił głową.
- Masz dziś kiepski dzień, mistrzu - powiedział.
- Nie wiesz jak bardzo - odparł Jake.
Timmy przyjrzał mu się uważniej.
- Dobrze się czujesz? Wyglądasz naprawdę blado.
- Myślę, że złapałem jakąś infekcję.
To też nie było kłamstwo. Był pewny jak diabli, że coś złapał.
- Wracaj do domu i kładź się do łóżka - poradził Timmy. - I pij mnóstwo klarownych płynów - dżinu, wódki i podobnych.
Jake uśmiechnął się posłusznie.
- Może tak zrobię.
Powoli poszedł do domu. Wokół niego rozpościerał się Nowy Jork w swojej najbardziej uwodzicielskiej postaci - uliczni muzycy wygrywali serenady na każdym rogu, wszystkie drzewa kwitły, a każdy człowiek zdawał się tryskać dobrym humorem. Jake dostrzegał to, ale widział więcej: widział, jak kryje się w mroku kuchni, gdy człowiek w czerni łapczywie jak pies pije wodę z pompy w stajni, widział siebie szlochającego z ulgi, kiedy tamten - lub to - odjeżdża, nie odkrywszy jego obecności, widział, jak zapada w głęboki sen, gdy słońce zaszło, a na czerwonym pustynnym niebie zaczęły pojawiać się gwiazdy przypominające kryształki lodu.
Otworzył kluczem drzwi apartamentu i wszedł do kuchni, żeby coś zjeść. Nie był głodny, ale zrobił to z przyzwyczajenia. Zmierzał do lodówki, kiedy przypadkiem spojrzał na drzwi spiżarki i przystanął. Nagle uświadomił sobie, że zajazd oraz reszta tego dziwnego świata, do którego teraz należał znajduje się właśnie za tymi drzwiami. Wystarczyło przejść przez nie, żeby połączyć się z Jakiem, który już tam istniał. Wtedy zniknie to dziwne rozdwojenie jaźni i zamilkną głosy nieustannie spierające się o to, czy jest martwy od godziny 8.25 tego ranka.
Oburącz pchnął drzwi spiżarni, a na jego twarzy już pojawił się promienny uśmiech ulgi... który zastygł mu na wargach, gdy stojąca na drabince w głębi spiżarni pani Shaw przeraźliwie wrzasnęła. Puszka przecieru pomidorowego, którą trzymała, wypadła jej z ręki i uderzyła o podłogę. Gospodyni zachwiała się na drabince i Jake doskoczył do niej, zanim dołączyła do przecieru.
- Mojżeszu na górze! - jęknęła, gwałtownie przyciskając dłoń do fartucha na piersiach. - Ale mnie przestraszyłeś, Johnny!
- Przepraszam - powiedział. Naprawdę był skruszony, lecz także głęboko rozczarowany. To jednak była tylko spiżarnia. A był pewien, że...
- Co tutaj robisz? Przecież powinieneś dzisiaj grać w kręgle! Nie spodziewałam się ciebie wcześniej niż za godzinę! Jeszcze nie przygotowałam posiłku, więc nie oczekuj, że dostaniesz coś do jedzenia.
- W porządku. I tak nie jestem głodny.
Pochylił się i podniósł puszkę, którą upuściła.
- Trudno w to uwierzyć... wpadłeś tutaj jak bomba - mruknęła.
- Zdawało mi się, że słyszę mysz albo coś takiego. A to byłaś ty.
- No, tak. - Zeszła z drabinki i wzięła od niego puszkę. - Wyglądasz tak, jakby brała cię grypa albo coś takiego, Johnny. - Przyłożyła dłoń do jego czoła. - Nie masz gorączki, ale to jeszcze o niczym nie świadczy.
- Chyba jestem zmęczony - powiedział Jake i pomyślał: Gdyby tylko tak było. - Może napiję się coli i pooglądam trochę telewizję.
- Masz jakieś zeszyty, które chcesz mi pokazać? Jeśli tak, to pospiesz się. Jestem spóźniona z kolacją.
- Dziś nic nie mam - odparł. Wyszedł ze spiżarni, wziął sobie colę i poszedł do salonu. Włączył Holywood Squares i z roztargnieniem spoglądał w ekran, gdy te głosy wciąż się kłóciły i napływały nowe wspomnienia.
7
Matka i ojciec w ogóle się nie zorientowali, że coś jest z nim nie tak - zresztą ojciec wrócił dopiero po wpół do dziesiątej - co odpowiadało Jake'owi. O dziesiątej położył się do łóżka i leżał w ciemnościach, słuchając odgłosów miasta dobiegających przez okno: jazgotliwych dźwięków hamulców, klaksonów, wycia syren.
Umarłeś.
Wcale nie. Jestem tutaj, bezpieczny w moim łóżku.
To bez znaczenia. Umarłeś i dobrze o tym wiesz.
Najgorsze było to, że zdawał sobie z tego sprawę.
Nie wiem, który głos mówi prawdę, ale wiem, że dłużej tak nie wytrzymam. Dlatego skończcie z tym, jeden i drugi. Przestańcie się kłócić i zostawcie mnie w spokoju. W porządku? Proszę!
Głosy jednak rozbrzmiewały dalej. Najwyraźniej nie mogły przestać. I Jake uświadomił sobie, że powinien wstać - właśnie teraz - i otworzyć drzwi do łazienki. Tamten świat będzie tam. Będzie tam zajazd i on również, skulony pod starym pledem w stajni, usiłujący zasnąć i zastanawiający się, co też, do diabła, się stało.
Mogę mu to wyjaśnić - pomyślał podekscytowany Jake. Odrzucił nakrycie, nagle pewien tego, że drzwi za półką z książkami już nie prowadzą do łazienki, lecz do świata żaru, purpurowego nieba i strachu w garstce popiołu, świata skrytego teraz pod ciemnym skrzydłem nocy. Mogę mu to wyjaśnić, ale nie będę musiał... ponieważ będę w nim... będę nim!
Przebiegł przez ciemny pokój i niemal śmiejąc się z ulgi, pchnął drzwi. A za nimi...
Była tylko łazienka. Tylko jego łazienka, z oprawionym w ramki plakatem Marvina Gaye'a na ścianie i leżącymi na kafelkach podłogi smugami cienia oraz światła wpadającego przez szpary w roletach.
Stał tam przez długą chwilę, usiłując przełknąć to rozczarowanie. Nie mógł. Miało gorzki smak.
Gorzki.
8
Te trzy tygodnie dzielące go od tamtych wydarzeń ciągnęły się w pamięci Jake'a jak ponura i jałowa równina - koszmarne pustkowie, gdzie nie ma spokoju, odpoczynku ni wytchnienia od bólu. Obserwował - niczym bezsilny więzień patrzący na grabież miasta, którym niegdyś władał - jak jego umysł ugina się pod nieustannie rosnącym naporem widmowych głosów i wspomnień. Miał nadzieję, że to się skończy, kiedy wspomnieniami dojdzie do chwili, kiedy Roland pozwolił mu runąć w przepaść pod górami. A jednak nie. Zamiast tego wszystko zaczęło się od nowa, jak nastawiona na ciągłe odtwarzanie taśma, grająca dopóty, dopóki się nie zerwie lub ktoś jej nie wyłączy.
W miarę jak to straszliwe rozdwojenie jaźni pogłębiało się, realia dotychczasowego życia tego nowojorskiego chłopca stawały się coraz bardziej oderwane od rzeczywistości. Wiedział, że chodził do szkoły, że był w kinie podczas weekendu i na niedzielnym obiedzie z rodzicami tydzień temu (a może dwa?), ale pamiętał o tym w taki sam sposób, w jaki chory na malarię pamięta najgorszy atak tej choroby. Ludzie byli cieniami, głosy odbijały się echem i nakładały na siebie i nawet proste czynności, jak zjedzenie kanapki lub wyjęcie butelki coli z automatu w gimnazjum, przychodziły mu z najwyższym trudem. Jake mozolnie pokonywał te dni, oszołomiony nieustannym gwarem kłótliwych głosów i rozbieżnymi wspomnieniami. Jego obsesja na tle drzwi - wszelkiego rodzaju drzwi - pogłębiała się i ani na chwilę nie tracił nadziei, że za jednymi z nich znajduje się świat rewolwerowca. Chociaż nie było to aż takie dziwne, ponieważ tylko na to mógł liczyć.
A jednak dzisiejsza gra była już zakończona. I tak nie miał żadnej szansy na zwycięstwo. Poddał się. Poszedł na wagary. Szedł przed siebie na wschód plątaniną ulic, ze zwieszoną głową, nie mając pojęcia, dokąd zmierza i co zrobi, kiedy tam dotrze.
9
Po pewnym czasie trochę otrząsnął się z przygnębienia i zaczął dostrzegać otaczającą go rzeczywistość. Stał na rogu Lexington i Pięćdziesiątej Czwartej, wcale nie pamiętając, w jaki sposób się tutaj znalazł. Dopiero teraz zauważył, że jest naprawdę piękny ranek. Dziewiątego maja, kiedy zaczęło się jego szaleństwo, też było ładnie, ale dziś było dziesięć razy piękniej. Może był to dzień, w którym wiosna rozgląda się wokół i zauważa nadchodzące lato, silne i przystojne, z zalotnym uśmiechem na opalonej twarzy. Jasne słońce odbijało się w szklanych ścianach budynków śródmieścia, a cienie przechodniów wydawały się czarne i wyraźne. Niebo nad głowami było czyste i nienagannie błękitne, usiane tu i ówdzie pulchnymi deszczowymi chmurkami.
Na ulicy dwaj biznesmeni w drogich, dobrze skrojonych garniturach stali przed ogrodzeniem z desek, wzniesionym wokół budowy. Śmiali się, coś sobie podając. Zaciekawiony Jake ruszył w ich kierunku i podszedłszy bliżej, zobaczył, że biznesmeni grają w kółko i krzyżyk, kosztownym piórem Mark Cross kreśląc znaki na ogrodzeniu. Jake uznał, że są naprawdę porąbani. Kiedy podchodził do nich, jeden z mężczyzn narysował kółko w prawym górnym rogu, a potem pociągnął skośną linię przez środek diagramu.
- Znów ci się ukichało! - rzekł jego kolega, wyglądający na wysoko postawionego członka zarządu lub zasobnego maklera, po czym piórem Mark Cross narysował następny diagram.
Pierwszy biznesmen, zwycięzca, zerknął w lewo i spostrzegł Jake'a. Uśmiechnął się.
- Piękny dzień, no nie, dzieciaku?
- Jasne - odparł Jake, z zadowoleniem stwierdzając, że właśnie tak uważa.
- Zbyt ładny, żeby iść do szkoły, co?
Tym razem Jake się roześmiał. Piper School, w której były pauzy, a nie przerwy, i gdzie wychodziło się na chwilkę, a nie do sracza, nagle wydała mu się bardzo odległa i nieważna.
- Pewnie pan to wie.
- Chcesz zagrać? Billy nie mógł wygrać ze mną jeszcze w piątej klasie i w dalszym ciągu nie potrafi.
- Zostaw chłopaka w spokoju - powiedział ten drugi, trzymając w dłoni pióro Mark Cross. - Tym razem przejdziesz do historii.
Mrugnął do Jake'a, a ten, ku swemu własnemu zdziwieniu, odpowiedział mrugnięciem. Poszedł dalej, zostawiając mężczyzn zajętych grą. Rosło w nim przeświadczenie, że wydarzy się coś cudownego - może już zaczęło się dziać - i nogami zdawał się ledwie dotykać chodnika.
Zapalił się znak IDŹ i Jake zaczął przechodzić przez Lexington Avenue. Tak gwałtownie zatrzymał się na środku ulicy, że o mało nie wpadł na niego posłaniec na dziesięciobiegowym rowerze. Był piękny wiosenny dzień - to prawda. Lecz nie dlatego tak dobrze się czuł, tak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co go otacza, i nie dlatego był taki pewny, że wydarzy się coś wspaniałego.
Głosy umilkły.
Nie odeszły na dobre - przeczuwał to - ale na razie ucichły. Dlaczego?
Jake nagle pomyślał o dwóch spierających się w pokoju mężczyznach. Siedzieli naprzeciw siebie przy stole, wymyślając sobie z rosnącą wściekłością. Po chwili zaczęli nachylać się do siebie, wyzywająco wysuwając szczęki i opluwając się wzajemnie kropelkami śliny. Niebawem zaczną tłuc się pięściami. Zanim jednak do tego dojdzie, usłyszą miarowy łoskot - głuchy łomot bębna i hałaśliwe uderzenia czyneli. Przestaną się kłócić i popatrzą na siebie zdziwieni.
Co to? - zapyta jeden.
Nie wiem - odpowie drugi. Chyba jakaś parada.
Podbiegną do okna i to rzeczywiście jest parada. Orkiestra w mundurach maszeruje w nogę, a słońce odbija się od ich trąbek, śliczne dziewczęta żonglują buławami i wymachują długimi, opalonymi nogami, limuzyny wiozą sterty kwiatów i machające rękami osobistości.
Mężczyźni patrzą przez okno, zapomniawszy o kłótni. Z pewnością znów zaczną się kłócić, ale na razie stoją ramię w ramię jak dwaj najlepsi przyjaciele, obserwując paradę...
10
Dźwięk klaksonu wyrwał Jake'a z zadumy, przerywając wizję tak żywą jak realistyczny sen. Uświadomił sobie, że stoi na środku Lexington i zmieniły się światła. Gorączkowo rozejrzał się wokół, spodziewając się, że zobaczy nadjeżdżającego niebieskiego cadillaca, lecz naciskający na klakson facet siedział za kierownicą żółtego sportowego mustanga i uśmiechał się do niego. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy Nowego Jorku nawdychali się rano gazu rozweselającego.
Jake pomachał facetowi i przebiegł na drugą stronę ulicy. Gość w mustangu pokręcił palcem koło skroni, pokazując chłopcu, co o nim myśli, po czym też pomachał mu ręką i odjechał.
Jake przez chwilę stał na rogu ulicy, wystawiając twarz do majowego słońca, uśmiechając się i ciesząc dniem. Podejrzewał, że tak czują się więźniowie skazani na śmierć na krześle elektrycznym, kiedy dowiadują się, że odroczono wykonanie wyroku.
Głosy wciąż milczały.
Pytanie tylko, czy to parada chwilowo odwróciła ich uwagę? Albo niezwykłe piękno tego wiosennego poranka?
Jake nie sądził, żeby to było powodem. Nie uważał tak, gdyż znowu miał tę dziwną pewność, którą po raz pierwszy poczuł trzy tygodnie wcześniej, kiedy dochodził do rogu Pięćdziesiątej i Czterdziestej Szóstej. Tylko że dziewiątego maja wyczuwał nadchodzący koniec, a dziś było to promienne uczucie zadowolenia i oczekiwania. Jakby... jakby...
- To Biel! - wykrzyknął głośno. - Nadejście Bieli!
Poszedł Pięćdziesiątą Czwartą, a kiedy dotarł do rogu Drugiej, ponownie przeszedł pod parasolem ka-tet.
11
Skręcił w prawo, a potem przystanął, odwrócił się i poszedł z powrotem na róg. Teraz musiał przejść po Drugiej Alei, owszem, to nie ulegało wątpliwości, ale znów znalazł się po niewłaściwej stronie. Po zmianie świateł pospiesznie przeszedł na drugą stronę ulicy i znów skręcił w prawo. To uczucie, to dziwne wrażenie
(białości)
słuszności, pogłębiało się. Był bliski szaleństwa z radości i ulgi. Wszystko będzie w porządku. Tym razem to nie pomyłka. Był pewien, że wkrótce zacznie spotykać ludzi, których rozpozna, tak jak tę grubą kobietę i sprzedawcę precli, i którzy będą robić to, co on z góry potrafi przewidzieć.
Nagle zobaczył księgarnię.
12
MANHATTAŃSKA RESTAURACJA DUCHA - głosił napis namalowany na witrynie. Jake podszedł do drzwi. Wisiała na nich tablica, jedna z tych, które się widuje na ścianach barów i restauracji.
SPECJAŁY DNIA
Z Florydy! Świeżo upichcony John D. MacDonald
3 tomy w twardych okładkach za 2,50 dolara
9 tomów w miękkich okładkach za 5,00 dolarów
Z Missisipi! Dobrze wysmażony William Faulkner
wydania specjalne w cenie hurtowej
egzemplarze biblioteczne po 75 centów
Z Kalifornii! Raymond Chandler na twardo
wydania specjalne w cenie hurtowej
7 tomów w miękkich okładkach za 5,00 dolarów
ZASPOKÓJ SWÓJ GŁÓD LEKTURY
Jake wszedł do środka i uświadomił sobie, ze po raz pierwszy od trzech tygodni otworzył drzwi, nie łudząc się, że po drugiej stronie znajdzie inny świat. Zabrzęczał dzwonek nad jego głową. Poczuł łagodny, aromatyczny zapach starych książek i nagle wydało mu się, że wrócił do domu.
W środku również utrzymano ten restauracyjny styl. Chociaż pod ścianami stały półki z książkami, pomieszczenie było przedzielone na dwie części długą ladą. Po stronie Jake'a stało kilka stoliczków z krzesełkami o drucianych oparciach, jak w cukierni. Na każdym stoliku ułożono specjały dnia: powieści Johna D. MacDonalda o Travisie McGee, powieści Raymonda Chandlera o Philipie Marlowe i Williama Faulknera o Snopesach. Mała kartka na stoliku z Faulknerem głosiła: Mamy kilka rzadkich pierwszych wydań - proszę pytać. Inna kartka, tym razem na kontuarze, zachęcała tylko: Szukaj! Paru klientów właśnie to robiło. Siedzieli przy kontuarze, pijąc kawę i czytając. Jake pomyślał, że to niewątpliwie najlepsza księgarnia, w jakiej kiedykolwiek był.
Pytanie tylko, dlaczego tutaj wszedł? Czy był to szczęśliwy traf, czy też zgodnie z tym podświadomym, lecz uporczywym przeczuciem podążał śladem - niczym po naprowadzającym promieniu - pozostawionym po to, żeby go znalazł?
Spojrzał na książki leżące na stoliku po jego lewej ręce i znalazł odpowiedź.
|
|
| | | |
| |
Subskrypcja |
|