|
|
Uciekinier
|
Minus 100. Odliczanie trwa
Spoglądała na termometr w bladym świetle padającym przez okno. W oddali, skąpane w potokach deszczu, wznosiły się szare wieżowce Co-Op City, jak mroczne wieżyczki olbrzymiego więzienia. W dole, w szybie wentylacyjnym, rozciągała się lina, na której wisiało świeże pranie, przypominające wyciągnięte psu z gardła szmaty. Szczury i tłuste uliczne koty buszowały w stosach śmieci. Spojrzała na męża. Siedział przy stole i patrzył na program Free Vee. Był skoncentrowany i spięty. Oglądał tę audycję od paru tygodni. W każdym mieszkaniu znajdował się telewizor - taki był nakaz prawny. Prawo zezwalało jednak na wyłączenie odbiorników. Przymusowy dodatek pieniężny z 2021 roku nie uzyskał wymaganej przewagi dwóch trzecich głosów, zabrakło sześciu głosów. Zazwyczaj nie oglądali telewizji. Odkąd jednak Cathy zachorowała, szukał sposobu na zarobienie pieniędzy. To właśnie przerażało ją najbardziej. W tle komentarza spikera, przedstawiającego lekko stłumionym głosem najnowsze wiadomości,
rozległo się ciche pojękiwanie chorej na grypę Cathy.
- Bardzo z nią kiepsko? - spytał Richards.
- Nie.
- Nie oszukuj mnie.
- Czterdzieści stopni.
Uderzył pięściami w stół. Plastikowy półmisek podskoczył i z trzaskiem opadł.
- Sprowadzimy lekarza. Nie martw się. Posłuchaj...
Odwrócił się i ponownie patrzył w telewizor. Pół godziny komentarza minęło. Znowu zaczęto nadawać transmisję z jednej z gier. Nie była to gra wielkiego kalibru - zwykła codzienna zabawa zwana Dolarową Karuzelą. Przyjmowano do niej wyłącznie ludzi chorych na serce, wątrobowców, gruźlików, a niekiedy dla zabawy pozwalano wziąć w niej udział kalekom. Uczestnik dostawał dziesięć dolarów za każdą minutę, jaką wytrzymał, stojąc na obracającym się kole fortuny i gawędząc z prowadzącym. Prowadzący co dwie minuty zadawał pytanie premiowe - różne w zależności od tego, w jakiej dziedzinie gry startował dany uczestnik. Obecny gracz, sercowiec z Hackiensack, dostał pytanie z historii Stanów Zjednoczonych, za które otrzymywał dodatkowe pięćdziesiąt dolarów. Jeżeli uczestnik, skołowany, zdyszany, z sercem wyczyniającym w jego piersi dziwaczne harce, nie dosłyszał pytania, potrącano mu z wygranej taką samą sumę, a koło fortuny nabierało prędkości.
- Poradzimy sobie jakoś, Ben. Zobaczysz. Naprawdę. Ja...
- Co "ty"? - Spojrzał na nią z wściekłością. - Pójdziesz na ulicę? O nie, Sheila. Ona musi mieć prawdziwego lekarza. Koniec z blokowymi znachorami o brudnych rękach i oddechu przesiąkniętym whisky. Jej potrzebny jest nowoczesny sprzęt i dobra opieka. Zajmę się tym.
Chodził po pokoju, wpatrując się jak zahipnotyzowany w zamontowany nad zlewem ekran Free Vee. Zdjął z haka tanią skórzaną kurtkę i nałożył ją z grymasem obrzydzenia.
- Nie. Nie pozwolę ci... Nie pójdziesz do...
- A dlaczego nie? W najgorszym razie dostaniesz parę dolców jako samotna matka wychowująca dziecko. Tak czy inaczej będziesz miała pieniądze, aby ją z tego wyciągnąć.
Nigdy nie była najładniejsza, a od kiedy mąż przestał pracować, na jej twarzy pojawiły się nowe zmarszczki. W tej chwili wyglądała jednak naprawdę oszałamiająco, władczo.
- Nie mogę się na to zgodzić. Gdyby przyszedł tu facet z telewizji z kilkoma dolarami, odesłałabym go. Czy mam się zgodzić na tak wielkie poświęcenie z twojej strony? Czy mogłabym przyjąć nagrodę za twoją głowę?
Odwrócił się w jej stronę z dziwnym wyrazem twarzy. Próbował zebrać się w sobie, stłumić coś, co drążyło go od wewnątrz. Coś niewidzialnego, powodującego, że tak uważnie oglądał program Free Vee. Był zakłopotany. Może dręczyła go świadomość niebezpieczeństwa? Skinął ponuro w stronę sypialni.
- Czy pomyślałaś o niej, leżącej w nieoznaczonym grobie dla ubogich? Myślałaś o tym?
Ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się.
- Ben, oni tego właśnie chcą. Chcą nas wszystkich załatwić i pozbyć się takich jak ty czy ja.
- Może tym razem im się nie uda - powiedział, otwierając drzwi. - Może mnie nie dostaną.
- Jeśli tam pójdziesz, zabiją cię. A ja będę na to patrzeć. Chcesz, żebym na to patrzyła, podczas gdy ona leży tam, w drugim pokoju? - Płakała i ledwo można było ją zrozumieć.
- Chcę, aby żyła.
Próbował zamknąć drzwi, ale zastawiła je własnym ciałem.
- Pocałuj mnie, zanim odejdziesz.
Pocałował ją. W końcu korytarza pani Jenner otworzyła drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Dotarła do nich woń smażonej wołowiny i gotowanej kapusty - woń bogactwa. Zapach kusił i doprowadzał do obłędu. Pani Jenner zrobiła niezłą robotę. Pomogła w przyłapaniu miejscowego handlarza narkotyków i zawsze miała oko na "nielegalnych".
- Przyjmiesz pieniądze? - spytał Richards. - Nie zrobisz nic głupiego?
- Przyjmę - szepnęła. - Wiesz, że przyjmę.
Objął ją mocno, po czym odwrócił się szybko i ruszył na dół po kiepsko oświetlonych schodach. Stała w drzwiach, pochlipując w milczeniu tak długo, aż usłyszała odgłos zamykanych pięć pięter niżej drzwi wejściowych, a potem skryła twarz w połę fartucha. W dłoni wciąż trzymała termometr, którym przed chwilą mierzyła dziecku temperaturę. Pani Jenner podeszła do niej i pociągnęła za sukienkę.
- Kochanie - szepnęła. - Jeżeli chcesz, odstąpię ci trochę penicyliny, rzecz jasna po czarnorynkowej cenie. Jak już dostaniesz te pieniądze
To dobry towar, najlepszy.
- Wynoś się! - krzyknęła Sheila.
Pani Jenner cofnęła się. Uniosła instynktownie górną wargę, ukazując rząd poczerniałych pieńków.
- Próbowałam ci pomóc... - mruknęła i wróciła do pokoju.
Jęki Cathy nie cichły. Nie tłumiła ich cienka ścianka działowa z tworzywa sztucznego. Odbiornik w pokoju pani Jenner był włączony na cały regulator. Uczestnik Dolarowej Karuzeli nie odpowiedział na kolejne pytanie i w tej samej chwili dostał ataku serca. Wyniesiono go na noszach, przy hucznych wiwatach tłumu. Pani Jenner zapisała w notatniku nazwisko Sheili Richards.
- Jeszcze zobaczymy - wysyczała w próżnię. - Jeszcze zobaczymy, słodziutka.
Z trzaskiem zamknęła notatnik i usiadła, aby obejrzeć z uwagą kolejną grę.
(...)
Minus 098. Odliczanie trwa
Było już po czwartej, kiedy Ben Richards znalazł się przy stole głównym, po czym skierowano go do stolika numer dziewięć. Kobieta siedząca w plastikowym fotelu wyglądała na zmęczoną i bezwzględną. Spojrzała na niego jak na powietrze.
- Nazwisko i imiona.
- Richards. Benjamin Stuart.
Jej palce śmigały po klawiaturze.
Du-du-du-du-du - odpowiedziała maszyna.
- Wiek, wzrost, waga.
- Dwadzieścia osiem lat, sto osiemdziesiąt siedem centymetrów, siedemdziesiąt pięć kilogramów.
Du-du-du-du-du.
- Czy był badany testem Weschlera, a jeśli tak, to z jakim wynikiem i w jakim wieku?
- Sto dwadzieścia sześć. W wieku czternastu lat.
Du-du-du-du-du.
W olbrzymim holu trzaski dobywające się z maszyny odbijały się grobowym echem. Zadawano pytania i uzyskiwano odpowiedzi. Wyprowadzano płaczących. Co chwila rozlegały się ochrypłe okrzyki protestu. Pytania. Zawsze tylko pytania.
- Ostatnia ze szkół, do jakiej uczęszczał...
- Manual Trades.
- Ukonczył ją?
- Nie.
- Ile lat uczęszczał i w jakim wieku opuścił szkołę?
- Przez dwa lata. W wieku szesnastu lat.
- Powód odejścia?
- Ożeniłem się.
Du-du-du-du-du.
- Imię, nazwisko i wiek małżonki.
- Sheila Catherine Richards. Lat dwadzieścia sześć.
- Imiona i wiek dzieci, jeżeli są.
- Catherine Sarah Richards. Osiemnaocie miesiecy.
Du-du-du-du-du.
- Ostatnie pytanie. Nie radzę kłamać, oni i tak to wyczują i zdyskwalifikują pana podczas testów fizycznych. Czy używał pan kiedykolwiek heroiny albo syntetycznej amfetaminy halucynogennej, znanej jako San Francisco Push?
- Nie.
Du-du.
Plastikowa karta wypadła na stół. Kobieta wręczyła ją Richardsowi ze słowami:
- Nie zgub tego, koleś. Gdyby tak się stało, musiałbyś w przyszłym tygodniu zacząć wszystko od początku.
Przyjrzała mu się z uwagą. Zobaczyła przepełnione wściekłością oczy, wynędzniałe ciało. Wyglądał nieźle. Był inteligentny. Był dobry. Cofnęła nagle rękę z kartą i nakryła ją dłonią z dziwnym wyrazem twarzy.
- Po co to panu?
- Nieważne. Ktoś później odpowie na pani pytanie. Być może.
Wskazała ponad jego ramieniem w stronę długiego holu prowadzącego do rzędu wind. Ludzie, którzy odeszli o stołów, byli tam zatrzymywani. Okazywali karty identyfikacyjne i przepuszczano ich dalej. Richards zauważył, że drżący i blady na twarzy ćpun został zatrzymany przez gliniarza. Wskazano mu wyjście. Narkoman zaczął płakać. Chwilę potem znikł za drzwiami.
- Świat jest okrutny, koleś - powiedziała bez cienia sympatii kobieta za stołem. - Ruszaj.
Richards odszedł. Za jego plecami litania pytań zaczęła się od nowa.
(...)
Minus 095. Odliczanie trwa
Kiedy wszyscy, których nazwiska zaczynały się na R, weszli do pomieszczenia testowego przez drzwi oznaczone czerwoną strzałką, było parę minut po wpół do dziesiątej. Początkowe napięcie wyraźnie zmalało i wielu oglądało z zaciekawieniem program Free Vee. Nikt jednak nie spał, nikt nawet nie próbował się zdrzemnąć. Mężczyzna cierpiący na bóle w piersiach nosił nazwisko zaczynające się na L. Wezwano go przed godziną. Richards zastanawiał się, czy dopuszczono go do udziału w którejś z gier. Sala egzaminacyjna była długa i oświetlona lampami fluorescencyjnymi. Przypominała halę produkcyjną, a poszczególne stanowiska na owej dziwacznej "taśmie" zajmowali różni lekarze.
Czy któryś z was mógłby rzucić okiem na moją córkę? - pomyślał z goryczą Richards. Kandydaci okazali swe karty oku innej kamery, zamontowanej w ścianie, po czym nakazano im stanąć w równym rzędzie przy wieszakach. Lekarz w długim, białym fartuchu podszedł do nich szybkim krokiem. Pod pachą trzymał teczkę.
- Rozbierzcie się - powiedział. - Powieście ubrania na wieszakach. Zapamiętajcie numer nad wieszakiem i podajcie go na końcu tego korytarza. Nie martwcie się o wasze wartościowe przedmioty. Nikt ich wam nie zabierze.
Przedmioty wartościowe. Niezły dowcip, pomyślał Richards, zdejmując koszulę. Miał przy sobie pusty portfel z paroma zdjęciami Sheili i Cathy, kwit na odbiór podzelowanych butów, które oddał do miejscowego szewca pół roku temu, breloczek do kluczy z jednym kluczem do mieszkania, skarpetkę dziecinną, choć nie pamiętał, by ją tam wkładał, i paczkę blamów, którą wydobył z automatu. Miał na sobie stare slipki, które włożył na życzenie Sheili. Wkrótce wszyscy byli już nadzy i anonimowi. Każdy z mężczyzn trzymał w dłoni kartę. Paru przebierało nogami, tak jakby podłoga była zimna, choć nie było to zgodne z prawdą. W powietrzu unosił się odór alkoholu.
- Ustawcie się w rzędzie - rzekł lekarz z teczką. - Każdy okazuje swoją kartę. Postępujcie zgodnie z zaleceniami.
Szereg ruszył. Richards zobaczył, że przy każdym ze stanowisk obok lekarza stał policjant. Spuścił wzrok i czekał cierpliwie.
- Karta.
Oddał tamtemu dokument. Pierwszy lekarz zanotował numer, po czy rzekł:
- Otworzyć usta.
Richards wykonał polecenie. Wysunął język. Następny lekarz spojrzał w jego źrenice, oświetlając je niewielką, cienką latareczką, po czym zajrzał mu do uszu. Następny umieścił na jego piersi zimny stalowy krążek stetoskopu i rzekł:
- Odkaszlnąć.
Richards kaszlnął. Jeden mężczyzna z przodu został odciągnięty na bok. Potrzebował pieniędzy, ale nie mogli go dopuścić; groził, że ich zaskarży. Doktor przesunął stetoskop.
- Odkaszlnąć.
Richards odkaszlnął. Doktor obrócił go i przyłożył stetoskop do pleców.
- Nabrać powietrza i nie oddychać. - Stetoskop się przesunął. - Oddychać.
Richards wypuścił powietrze.
Uśmiechający się jednooki lekarz zmierzył mu ciśnienie.
Łysy doktor, na którego czaszce widać było parę brązowych plamek przypominających pijawki, obmacał mu krocze. Jego zimna dłoń przez chwilę gmerała pomiędzy jego udami, badając worek mosznowy i odbyt.
- Kaszlnąć.
Richards kaszlnął.
- Przechodzić dalej.
Zmierzono mu temperaturę. Poproszono o próbkę śliny. Był już w połowie drogi do drzwi. Dwóch czy trzech mężczyzn zakończyło już badanie i posługacz o bladej twarzy i zębach jak królik przyniósł w metalowych koszach ich ubranie. Pół tuzina innych zostało wyprowadzonych z szeregu. Pokazano im schody.
- Pochylić się i rozchylić pośladki.
Richards pochylił się i rozstawił nogi. Otoczony plastikową osłoną palec wdarł się w jego odbytnicę, przez chwilę badał wnętrze, po czym się wycofał.
- Przechodzić dalej.
Wszedł do kabiny zamkniętej z trzech stron kurtynami i oddał mocz do niebieskiej zlewki. Jeden z lekarzy zabrał ją i wstawił do metalowej szafki.
Na następnym stanowisku badano jego wzrok.
- Czytać - rzekł lekarz.
- E, A, L, D, M, F, S, P, M, Z, K, L, A, C, D.
- Wystarczy. Przechodzić dalej.
Wszedł do następnej kabiny i nałożył na głowę słuchawki. Powiedziano mu, by naciskał biały guzik, kiedy coś usłyszy, i czerwony, kiedy sygnał ucichnie. Dźwięk był cichy i wysoki jak odgłos gwizdka na psy, ledwo słyszalny dla ludzkiego ucha. Richards naciskał guziki tak długo, aż mu powiedziano, by przestał. Został zważony. Zbadano stan jego płuc. Stanął przed aparatem fluorescencyjnym i przylgnął do ołowianej osłony. Lekarz żujący gumę i nucący coś pod nosem zrobił kilka zdjęć i zanotował numer jego karty.
Richards wszedł do pomieszczenia w grupie liczącej około trzydziestu osób. Do końca sali dotarło dwunastu. Niektórzy byli już ubrani i czekali na windę. Dwunastu innych wyciągnięto z szeregu. Jeden z nich próbował zaatakować lekarza, który go zdyskwalifikował, ale został uderzony pałką przez stojącego opodal gliniarza. Mężczyzna runął jak podcięte drzewo.
Richards stanął przy niskim stole. Zapytano go, czy przechodził kiedyś którąś z pięćdziesięciu chorób, a następnie wymieniono je po kolei. W większości były to choroby układu oddechowego. Gdy powiedział, że w rodzinie wydarzył się przypadek grypy, doktor spojrzał nań z uwagą.
- Żona?
- Nie. Córka.
- Wiek?
- Półtora roku.
- Był pan uodporniany? Tylko proszę mówić prawdę - krzyknął nagle lekarz, jakby Richards już próbował kłamstwem wymigać się od odpowiedzi. - Sprawdzimy kartę, sprawdzimy... - Spojrzał na ekran komputera. - Uodpornianie - czytał - lipiec 2023, wrzesień 2023. Blokowa Klinika Zdrowia. Przechodzić dalej.
Richards miał ochotę pochylić się nad stołem i skręcić kark małemu cwaniaczkowi, ruszył jednak dalej. Przy ostatnim stanowisku siedziała groźnie wyglądająca kobieta o krótko przystrzyżonych włosach, z czujnikiem wpiętym w ucho. Zapytała go, czy jest homoseksualistą.
- Nie.
- Czy był karany sądownie?
- Nie.
- Czy cierpi na jakieś poważne fobie? To znaczy...
- Nie.
- Lepiej mnie wysłuchaj - powiedziała z odrobiną przychylności w głosie.
- Czy cierpiałem kiedyś na niezwykłe, powtarzające się lęki, takie jak akrofobia lub klaustrofobia? Otóż nie!
Jej usta się zacisnęły. Widać było, że miała ochotę pokusić się o jakiś ostrzejszy komentarz.
- Używał pan kiedyś środków halucynogennych lub narkotyków?
- Nie.
- Czy ktoś z pańskiej rodziny był kiedyś karany za działalność antyrządową lub występowanie przeciwko koncernowi Sieci?
- Nie.
- Proszę podpisać przysięgę lojalności i formularz zakończenia testu Komisji Gier, panie Richards.
Nieudolnie nagryzmolił podpis.
- Proszę pokazać swoją kartę porządkowemu i podać mu numer...
Odszedł, nim zdążyła dokończyć. Skinął palcem na porządkowego.
- Numer dwadzieścia sześć.
Porządkowy przyniósł jego rzeczy. Richards ubrał się powoli i przejrzał w lustrze przy windzie. Czuł lekki ból w odbytnicy, a między udami dziwną lepkość od płynu używanego przez lekarza. Kiedy zebrali się już wszyscy, drzwi windy się otworzyły. Małe, zaopatrzone w kuloodporną szybę pomieszczenie było tym razem puste. Gliniarz był chudym facetem z dużą naroślą obok nosa.
- Przechodzić do tyłu - zanucił. - Proszę przechodzić do tyłu.
Gdy drzwi się zamknęły, Richards zauważył, że do sali wchodzą esowcy. Doktor z teczką zbliżył się do nich. Drzwi zamknęły się z trzaskiem. Wjechali na trzecie piętro i drzwi otwarły się, ukazując ich oczom olbrzymią, na wpół oświetloną sypialnię. Rzędy polowych łóżek zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Dwaj gliniarze zaczęli sprawdzać ich przy wyjściu z windy. Łóżko Richardsa oznaczono numerem dziewięćset czterdzieści. Leżał na nim brązowy koc i płaska jak deska poduszka. Richards położył się, zzuł buty i rzucił je na podłogę. Stopy wystawały poza krawędź łóżka, ale nic na to nie mógł poradzić. Skrzyżował ręce pod głową i patrzył w sufit.
(...)
Minus 081. Odliczanie trwa
Richards stał za kulisami w towarzystwie dwóch uzbrojonych policjantów, nasłuchując trwającej w studiu prezentacji. Tłum głośnym aplauzem witał każde zdanie Bobby'ego Thompsona. Zdenerwował się. Wściekał się za to na siebie, ale podenerwowanie mimo to nie mijało. Była godzina szósta.
- Pierwszy uczestnik to młody, zdolny mieszkaniec naszego miasta, jego południowej dzielnicy. Pochodzi z Bloku Południowego nad Kanałem - mówił Thompson.
Na monitorze pojawiło się zdjęcie Richardsa w jego starym kombinezonie roboczym, zrobione przed paroma dniami ukrytą kamerą. Wykonano je prawdopodobnie w poczekalni na czwartym piętrze. Wyretuszowane, uznał Richards. Powiększono mu cienie pod oczyma, obniżono czoło i uwydatniono zapadłe policzki. Jego usta zamarły w dziwacznym grymasie. Tak czy inaczej Richards na monitorze był przerażający - prawdziwy anioł w mieście śmierci - brutalny, niezbyt inteligentny, potwór w ludzkiej skórze obdarzony iście zwierzęcą przebiegłością. Upiór, jaki może się przyśnić właścicielom apartamentów którejś z centralnych dzielnic.
- Otóż i on. Benjamin Richards. Lat dwadzieścia osiem. Zapamiętajcie jego twarz! Za pół godziny rozpocznie swoją wędrówkę. Zapamiętajcie! Każda informacja na jego temat może przynieść wam sto nowych dolarów! Informacja, wskutek której ten człowiek zostanie zabity, przyniesie wam tysiąc nowych dolarów. I ty możesz je otrzymać!
Richards rozmyślał. Nagle usłyszał coś, co wybiło go z odrętwienia.
- Oto kobieta, która otrzyma nagrodę. Jej wysokość zależeć będzie od tego, czy i kiedy Benjamin Richards wpadnie w którąś z zasadzek łowców!
Zdjęcie ukazywało Sheilę... ale... widać było, że retuszujący człowiek potraktował kobietę ciężką ręką. Rezultat był wstrząsający. Słodka, w sumie niebrzydka twarz zmieniła się w oblicze starej, pomarszczonej, brudnej kobiety. Pełne, nadęte wargi, oczy skąpca, błyszczące i olbrzymie, podwójny, tłusty podbródek, opadający na coś, co wyglądało jak nagie piersi.
- Sukinsyny! - ryknął Richards. Rzucił się naprzód, ale mocne ramiona przytrzymały go w miejscu.
- Spokojnie, koleś, to tylko fotka!
Reakcja tłumu była natychmiastowa. W studiu rozbrzmiały okrzyki: "Hej, ho! Zabierzcie stąd tego potwora. Załatwcie go! Zatłuczcie tego sukinsyna! Wynocha z nim!".
Bobby Thompson uniósł obie ręce i poprosił o ciszę.
- Posłuchajmy, co on sam ma nam do powiedzenia.
Na chwilę zapadła cisza. Richards stanął niczym rozjuszony byk w blasku reflektorów, z nisko spuszczoną głową. Wiedział, że wzbudza tym nienawiść tłumu ku uciesze twórców programu, ale nic na to nie mógł poradzić. Spojrzał na Thompsona poczerwieniałymi oczami.
- Jeden z was zeżre własne jaja za zdjęcie mojej żony, które tu przed chwilą pokazaliście - oznajmił.
- Proszę dalej, panie Richards! - krzyknął Thompson z nutą pogardy w głosie. - Nic panu nie grozi. Na razie!
Tłum znów zareagował serią dzikich okrzyków. Richards nagle zwrócił się twarzą do ludzi. Wszyscy umilkli, jakby ktoś niewidzialny wymierzył im w jednej chwili siarczysty policzek. Kobiety patrzyły na niego z dreszczykiem przerażenia i podniecenia zarazem. Mężczyźni uśmiechali się z żądzą mordu w oczach.
- Dranie! - krzyknął. - Jeżeli chcecie zobaczyć czyjąś śmierć i do tego w męczarniach, dlaczego nie wymordujecie się nawzajem?
Jego ostatnie słowa utonęły we wrzasku. Niektórzy z widzów, być może opłaceni, próbowali wedrzeć się na scenę. Policjanci odciągnęli ich bez trudu. Richards patrzył na ich twarze, zdając sobie sprawę, jak musi teraz wyglądać.
- Dziękuję, panie Richards, za niezwykle interesującą wypowiedź. - Pogarda w głosie prowadzącego była wyraźna, a tłum, który zamilkł na chwilę, łapczywie chłonął słowa Thompsona.
- Czy zechciałby pan powiedzieć zebranym tu gościom i widzom przed odbiornikami, jak długo zamierza pan wytrzymać?
- Chciałbym powiedzieć wszystkim zebranym tu w studiu i w domach, że osoba przedstawiona przed chwilą na zdjęciu nie jest moją żoną. Zdjęcie zostało spreparowane!
Tłum znów wybuchnął. Okrzyki wściekłości osiągnęły pułap bliski białej gorączce. Thompson odczekał blisko minutę, by nieco przycichli, po czym powtórzył:
- Jak długo zamierza pan wytrzymać, panie Richards?
- Całe trzydzieści dni - odparł Richards spokojnie. - Wątpię, by ktoś z was mógł mnie powstrzymać.
Nowe okrzyki. Wymachiwanie pięściami. Ktoś rzucił pomidorem. Bobby Thompson stanął przodem do tłumu i krzyknął:
- A teraz brawami pożegnajmy schodzącego ze sceny pana Richardsa i zapamiętajmy jego ostatnie słowa! Jutro w południe rozpocznie się pościg! Zapamiętajcie jego twarz. Może stać obok was w pneumobusie, siedzieć parę miejsc przed wami na pokładzie odrzutowca, możecie spotkać go na seansie w kinie albo w kręgielni. Dziś jest w Harding. Jutro może w Nowym Jorku? Albuquerque? Columbus? Czy gdy zobaczycie, jak przechodzi przed waszym domem, doniesiecie o tym Sieci?
- Taak! - ryknęli zgodnym chórem.
Richards nagle pokazał im palec. Dwa palce. Tym razem atak tłumu na scenę nie był symulowany. Richards został wyprowadzony tylnym wyjściem, bo w przeciwnym wypadku rozerwaliby go na strzępy przed kamerami. A co za tym idzie, pozbawiliby Koncern Sieci możliwości zarobienia fortuny na kolejnym wydaniu największej i najpopularniejszej ze wszystkich Gier.
|
|
| | | |
| |
Subskrypcja |
|