|
|
Colorado Kid
|
5
Ale to Dave zaczął opowiadać.
- Dwadzieścia pięć lat temu - powiedział - w latach osiemdziesiątych, dwoje młodych wsiadło na prom do szkoły o szóstej trzydzieści zamiast na ten o siódmej trzydzieści. Należeli do kółka lekkoatletycznego liceum w Bayview i byli parą. Kiedy zima się skończyła - a tu, nad morzem, nie trwa tak długo, jak na stałym lądzie - zaczęli biegać przez całą wyspę, od plaży Hammock do głównej drogi, potem do Bay Street i do miejskiego portu. Rozumiesz, Steffi?
Rozumiała. Rozumiała także ten romantyzm. Ale nie rozumiała, co owa "para" robiła, znalazłszy się na plaży od strony Tinnock. Wiedziała, że mniej więcej tuzin licealistów z Moose-Lookit zawsze wsiada na prom o siódmej trzydzieści, podając swoje przepustki przewoźnikowi - Herbiemu Gosslinowi lub Marcy Lagassee - który przejeżdża szybkim promieniem laserowego czytnika po kodzie kreskowym. Po stronie Tinnock czeka na uczniów szkolny autobus, który wiezie ich pięć kilometrów do szkoły. Spytała, czy biegacze czekali na autobus, a Dave pokręcił z uśmiechem głową.
- Nie, po tamtej stronie też biegali. Nie trzymali się za ręce, choć pewnie by mogli; zaw-sze ramię w ramię, Johnny Gravlin i Nancy Arnault. Przez parę lat byli prawie nierozłączni.
Stephanie wyprostowała się. John Gravlin był burmistrzem wyspy Moose-Lookit, towa-rzyskim panem, z miłym słowem dla każdego i nadzieją na miejsce w senacie Augusty. Miał powiększającą się łysinę i brzuszek. Usiłowała wyobrazić sobie, jak śmiga niczym chart - trzy kilometry po wyspie i pięć na stałym lądzie - i nie mogła.
- Nie bardzo ci idzie, co, kochanie? - spytał Vince.
- Nie bardzo.
- Bo widzisz Johnny'ego Gravlina, sportowca, piątkowego dowcipnisia i sobotniego kochanka, jako burmistrza Johna Gravlina, który przypadkiem jest jedyną polityczną żabką w małym wyspiarskim stawie. Skacze sobie po Bay Street, ściskając dłonie i błyskając złotym zębem z boku, ma dobre słowo dla każdego, nigdy nie zapomina nazwisk ani tego, kto jeździ fordem, a kto się tłucze starym ciągnikiem ojca. To karykatura prosto z filmu z lat czterdziestych o dziarskich politykach z małego miasteczka, a on jest takim ćwokiem, że nawet o tym nie wie. Ma w głowie tylko jedno: skacz, żabko, skacz - i jak doskacze do stawu w Auguście, to albo starczy mu rozumu, żeby się tam zatrzymać, albo zrobi jeszcze jeden skok i coś go rozgniecie.
- To bardzo cyniczne - oznajmiła Stephanie, nie bez młodzieńczego podziwu dla tej cechy.
Vince wzruszył kościstymi ramionami.
- Hej, ja sam jestem taką karykaturą, tyle że z filmu, w którym dziennikarz w zarękaw-kach i z celuloidowym daszkiem nad oczyma wrzeszczy w ostatnim ujęciu: "Zatrzymać maszyny!". Chodzi mi jedynie o to, że wtedy Johnny był kompletnie kimś innym - chudy jak patyk i szybki jak strzała. Przypominałby niemal jakiegoś boga, gdyby nie te nieszczęsne krzywe zęby, które sobie zresztą naprostował. A ona
w tych skąpych czerwonych szortach
to była prawdziwa bogini. - Zamilkł. - Jak wiele siedemnastoletnich dziewcząt.
- Przestań się tarzać w rynsztoku - odezwał się Dave.
Vince spojrzał na niego z bolesnym zaskoczeniem.
- Nieprawda. Wcale nieprawda. Tarzam się w chmurach.
- Jak sobie chcesz - odpuścił Dave. - Przyznaję, że było na co popatrzeć. Przewyższała Johnny'ego o parę centymetrów i być może dlatego się rozstali na wiosnę w maturalnej klasie. Ale wtedy, w osiemdziesiątym roku, byli w siebie zapatrzeni i codziennie biegli na prom po tej stronie, a potem przez Bayview Hill do liceum po stronie Tinnock. Chodziły zakłady, kiedy Nancy zajdzie z nim w ciążę, ale nigdy się tak nie stało. Albo on był okropnie rozsądny, albo ona okropnie ostrożna. - Zamilkł. - Albo, kurczę, byli bardziej wyrafinowani niż większość młodziaków z wyspy.
- A może wszystko przez to bieganie - dorzucił rozsądnie Vince.
- Do rzeczy, proszę - napomniała Stephanie i obaj parsknęli śmiechem.
- Rzecz przedstawia się tak - powiedział Dave - że pewnego ranka na wiosnę 1980 roku - był to kwiecień - zobaczyli mężczyznę siedzącego na plaży Hammock. Wiesz, tuż za wioską.
Stephanie znała tę plażę. Była piękna, choć trochę zbyt lubiana przez letników. Nie po-trafiła jej sobie wyobrazić jesienią, choć miała szansę to zobaczyć na własne oczy - praktyka kończyła się piątego października.
- No, niezupełnie siedzącego - poprawił Vince'a Dave. - Oboje powiedzieli później, że prawie leżał. Opierał się o kosz na śmieci, no wiesz, taki, co to są zakopane w piasku, żeby wicher ich nie zwiał, ale facet był tak ciężki, że kubeł... - Dave uniósł pionowo dłoń, po czym ją przechylił.
- ...wyglądał jak krzywa wieża w Pizie - uzupełniła Steffi.
- Ładnie to ujęłaś. Ponadto nie był stosownie ubrany - o wczesnym poranku panował chłód, najwyżej pięć stopni, a z powodu silnego wiatru wydawało się, że jest raczej zero. Miał na sobie eleganckie szare spodnie i białą koszulę. Na nogach mokasyny. Był bez płaszcza i bez rękawiczek. Młodzi nawet o tym nie rozmawiali. Podbiegli sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, i natychmiast przekonali się, że nie. Johnny powiedział później, że gdy tylko zobaczył twarz tego gościa, zorientował się, że to trup, a Nancy też tak mówiła, ale oczywiście nie chcieli tego przyznać - ty byś tak zrobiła? Nie upewniwszy się?
- Nie - powiedziała Stephanie.
- Siedział tam (no... prawie leżał) z jedną ręką na kolanach, a drugą - prawą - na piasku. Jego twarz była biała jak wosk, z wyjątkiem fioletowych plamek na policzkach. Oczy miał zamknięte, a Nancy powiedziała, że jego powieki były sinawe. Usta także sine, a szyja, po-wiedziała, wyglądała na nabrzmiałą. Włosy w kolorze piaskowy blond, krótkie, ale nie aż tak, żeby parę pasem nie trzepotało mu na czole przy każdym podmuchu wiatru, czyli bez przerwy.
Nancy spytała:
- Śpi pan? Halo? Jeśli pan zasnął, to lepiej niech się pan obudzi.
Johnny Gravlin na to:
- On nie śpi, Nancy, i nie jest nieprzytomny. Nie oddycha.
Później ona twierdziła, że o tym wiedziała, widziała to, ale nie chciała uwierzyć wła-snym oczom. No, ja myślę, biedne dziecko. Więc mówi do Gravlina:
- A może jednak oddycha. Może śpi. Nie zawsze widać, czy człowiek oddycha, czy nie. Potrząśnij nim, Johnny, a nuż się ocknie.
Johnny nie chciał, ale nie chciał także wyjść na cykora w oczach swojej dziewczyny, więc wyciągnął rękę - musiał zebrać całą odwagę, powiedział mi o tym wiele lat później, kiedy razem wypiliśmy parę drinków - i chwycił gościa za ramię. Ledwie go złapał, a już miał pewność, bo w dotyku nie przypominało to wcale ramienia, tylko jakąś rzeźbę. Ale i tak po-trząsnął ze słowami:
- Pobudka! Niech pan wstaje! Szkoda
- Chciał dodać: "życia na sen", ale uznał, że w tych okolicznościach nie zabrzmi to najlepiej, więc dokończył: "zdrowia".
Szarpnął nim dwa razy. Za pierwszym nic się nie stało. Za drugim głowa faceta opadła na lewe ramię - Johnny trząsł za prawe - i ciało osunęło się z kosza na śmieci, który je przytrzymywał w pozycji siedzącej, na bok. Głowa uderzyła o piasek. Nancy krzyknęła i rzuciła się ku drodze, najszybciej jak potrafiła
czyli szybko, mogę cię zapewnić. Gdyby się nie za-trzymała, Johnny pewnie musiałby ją gonić aż na koniec Bay Street, no i nie wiem, może na-wet na koniec przystani A. Ale jednak się zatrzymała, a on ją dogonił, objął i jeszcze nigdy nie był taki szczęśliwy, czując żywe ciało. Powiedział mi, że w życiu nie zapomni dotyku tamtego trupiego ramienia i że było jak drewno pod tą białą koszulą. - Dave urwał gwałtownie i wstał. - Chcę coca-colę z lodówki - powiedział. - W gardle mi zaschło, a to długa historia. Ktoś się napije?
Okazało się, że wszyscy, a ponieważ akurat Stephanie była osobą zabawianą - jeśli można to tak określić - więc ona poszła po napoje. Kiedy wróciła, obaj staruszkowie siedzieli na balustradzie werandy, spoglądając na cieśninę i stały ląd za nią. Stanęła obok nich, posta-wiła starą blaszaną tacę na szerokiej balustradzie i rozdała szklanki.
- Na czym skończyłem? - spytał Dave po długim łyku.
- Doskonale wiesz - odparł Vince. - Na tym, że nasz przyszły burmistrz i Nancy Arnault, która przebywa teraz Bóg wie gdzie - pewnie w Kalifornii, ci najlepsi zawsze wybywają z wyspy najdalej jak można bez zdobywania paszportu - znaleźli martwego Colorado Kida na plaży w Hammock.
- Ano tak. A więc John postanowił pobiec do najbliższego telefonu, pewnie tego przed biblioteką publiczną, żeby zadzwonić do George'a Wournosa, który był w owych czasach policjantem na Moose-Lookit (już dawno odszedł po należną mu nagrodę, kochany lebiega). Nancy nie protestowała, ale chciała, żeby Johnny najpierw "doprowadził tego człowieka do porządku". Tak go nazywała: "ten człowiek". Nigdy "trup" czy "zwłoki", zawsze "ten człowiek". Johnny jej mówi:
- Nan, moim zdaniem, policja nie lubi, kiedy się ich rusza.
A Nancy:
- I tak już ruszyłeś. Chcę, żebyś go posadził tak, jak siedział.
On na to:
- Zrobiłem to tylko dlatego, że mnie prosiłaś.
A ona:
- Proszę cię, Johnny. Nie mogę znieść jego widoku, kiedy tak leży i nie mogę znieść myśli, że tak leży.
I zaczyna płakać, co oczywiście załatwia sprawę i Johnny wraca do zwłok, nadal zgiętych wpół, jakby siedziały, lecz leżących bokiem na piasku.
Johnny powiedział mi pewnej nocy w knajpie, że nigdy by się do tego nie zmusił, gdyby Nancy nie stała mu nad głową, przekonana, że on to zrobi. I wiesz, wierzę że tak było. Mężczyzna zrobi dla kobiety wiele rzeczy, które olałby w jednej chwili, gdyby został sam - rzeczy, których unika w dziewięciu przypadkach na dziesięć, nawet kiedy jest pijany, a paczka kumpli podpuszcza go, żeby to zrobił. Johnny powiedział, że im bardziej zbliżał się do mężczyzny leżącego na piasku - leżącego z nogami w górze, jakby siedział na niewidzialnym krześle - tym większą miał pewność, że te zamknięte oczy się otworzą, a facet go złapie. Świadomość, że to trup, wcale nie łagodziła tego wrażenia, mówił Johnny, tylko je potęgowała. Ale w końcu stanął tam, zebrał całą odwagę, położył ręce na drewnianych ramionach i posadził gościa, opierając go o przechylony kosz na śmieci. Ubzdurało mu się, że kosz się przewróci, narobi hałasu, a wtedy on zacznie wrzeszczeć. Ale kosz się nie przewrócił, a on się nie rozwrzeszczał.
Jestem całkowicie pewien, Steffi, że my, biedne ludziki, jesteśmy zaprogramowani na myślenie, że przydarzy się nam najgorsze, ponieważ rzadko się tak dzieje. Wtedy to, co jest paskudne, wydaje się w porządku - właściwie niemal dobre - i możemy sobie z tym poradzić.
- Naprawdę tak myślisz?
- A jak! W każdym razie Johnny już odchodził, kiedy zauważył paczkę papierosów, które wypadły na piasek. A ponieważ najgorsze miał za sobą i teraz było po prostu tylko paskudnie, zdołał je podnieść, ba, nawet zanotował w pamięci, żeby poinformować George'a Wournosa o tym, co zrobił, na wypadek gdyby policja zdjęła odciski i znalazła ślad jego palca na celofanie, i włożył je z powrotem do kieszeni na piersiach białej koszuli zmarłego. Potem wrócił do Nancy, okutanej w ciepłą szkolną kurtkę i przestępującej z nogi na nogę, bo musiało jej być zimno w tych skąpych szortach. Choć pewnie czuła nie tylko chłód powietrza.
W każdym razie długo nie marzła, jako że pobiegli do biblioteki publicznej i na pewno, gdyby ktoś miał przy sobie stoper, okazałoby się, że pobili rekord na kilometr albo byli go bliscy. Nancy miała mnóstwo dwudziestopięciocentówek w małej portmonetce, którą trzymała w kieszeni kurtki, i to ona zadzwoniła do George'a Wournosa; ten właśnie ubierał się do pracy - był właścicielem salonu z samochodami, tam gdzie dziś organizuje się kościelne kiermasze.
Stephanie, która opisała parę z nich w dziale kulturalnym, skinęła głową.
- George spytał ją, czy mężczyzna na pewno nie żyje, a Nancy potwierdziła. Potem poprosił, żeby oddała słuchawkę Johnny'emu, i zadał mu to samo pytanie. Johnny także po-twierdził. Dodał, że potrząsnął mężczyzną, który jest sztywny jak deska. Opowiedział też, jak ciało się przewróciło, jak z kieszeni koszuli wypadły papierosy i jak je włożył z powrotem. Myślał, że George na niego nawrzeszczy, ale tak się nie stało. Nie powiedział mu złego słowa. Nie tak jak w kryminałkach w telewizji, co?
- Nie bardzo - przyznała Stephanie, myśląc, że jednak odrobineczkę przypomina jej to fragment "Murder, She Wrote". Ale zważywszy słowa, które padły przed rozpoczęciem historii, wątpiła w nadejście rozwiązujących zagadki postaci w rodzaju Angeli Lansbury
choć ktoś na pewno czegoś się dowiedział, pomyślała. Przynajmniej skąd pochodził zmarły.
- George powiedział Johnny'emu, że on i Nancy mają biegiem wracać na plażę i tam na niego zaczekać - ciągnął Dave. - I mieli nikogo nie dopuszczać w pobliże. Johnny zgodził się. George powiedział jeszcze: "Jeśli nie zdążycie na prom o wpół do ósmej, napiszę tobie i twojej dziewczynie usprawiedliwienie". Johnny odparł, że to ostatnie na liście jego zmartwień. Potem razem z Nancy Arnault wrócili na plażę, ale tym razem truchtem.
Stephanie nie zdziwiła się. Droga z plaży Hammock na skraj wioski Moosie Village prowadzi w dół. W drugą stronę biegnie się trudniej, zwłaszcza kiedy się już zużyło całą ad-renalinę.
- Tymczasem George Wounros - podjął Vince - zadzwonił do doktora Robinsona z Beach Lane. - Zamilkł i uśmiechnął się, coś sobie przypomniawszy. A może raczej dla lepszego efektu. - A potem zadzwonił do mnie.
6
- Na jedynej publicznej plaży na wyspie pojawia się trup, a miejscowy policjant dzwoni do wydawcy gazety? - spytała Stephanie. - Kurczę, to naprawdę inaczej niż w "Murder, She Wrote".
- Życie na wybrzeżu Maine rzadko przypomina serial - odparł Dave możliwie najbardziej suchym tonem. - A w tamtych czasach byliśmy właściwie dokładnie tacy jak teraz, zwłaszcza kiedy letnicy wyjeżdżają i zostają sami swoi. To nie oznacza nic romantycznego, raczej
no nie wiem, nazwijmy to polityką otwartych drzwi. Jeśli wszyscy wiedzą wszystko, plotkarze nie mają o czym gadać. A morderstwo! Policja! Trochę się pośpieszyłaś, nie sądzisz?
- Daj jej spokój - powiedział Vince. - Sami zasialiśmy ten pomysł w jej głowie, mówiąc o Trucicielu z Tashmore. Steffi, Chris Robinson asystował przy narodzinach dwojga moich dzieci. Moja druga żona - Arlette, którą poślubiłem sześć lat po śmierci Joanne - była przyja-ciółką rodziny Robinsonów, a w czasach szkolnych nawet chodziła z bratem Chrisa, Henrym. Jest tak, jak mówi Dave, ale chodziło o coś więcej niż interesy.
Postawił szklankę napoju (który nazywał "dopalaczem") na balustradzie i rozłożył dło-nie po obu stronach twarzy w geście jednocześnie czarującym i rozbrajającym. Ten gest mówił: "nie ukrywam niczego".
- Żyjemy tu jak w klubie. Zawsze tak było i pewnie zawsze będzie, bo nigdy nie stanie-my się więksi, niż jesteśmy.
- I dzięki Bogu - burknął Dave. - Nie będzie żadnych skurkowanych supermarketów. Wybacz, Steffi.
Uśmiechnęła się i powiedziała, że wybacza.
- W każdym razie - podjął Vince - chciałbym, żebyś teraz wzięła tę myśl o morderstwie i odłożyła ją na bok. Zrobisz to?
- Tak.
- Moim zdaniem, za jakiś czas przekonasz się, że nie możesz jej całkiem usunąć ani przywrócić na dawne miejsce. Tak to już jest z wieloma sprawami, związanymi z Colorado Kidem, i dlatego ta historia nie nadaje się dla bostońskiego "Globe". Nie wspominając już "Yankee", "Downcast" i "Coast". Nie nadaje się nawet dla "Weekly Islandera", szczerze mówiąc. Donieśliśmy o niej, no bo jesteśmy gazetą i przekazywanie wiadomości to nasza działka - na przykład w najbliższej przyszłości czeka mnie Ellen Dunwoodie i hydrant przeciwpożarowy, nie wspominając już małego Lestera, który jedzie do Bostonu na przeszczep nerki - oczywiście, jeśli go doczeka - a ty, rzecz jasna, musisz powiadomić ludność o Pląsach na Koniec Lata na Farmie Gernerda, prawda?
- Nie mówiąc już o pikniku - mruknęła Stephanie. - I o wszystkich darmowych ciastkach, bo ludzie przecież by się zapłakali, gdyby się o tym nie dowiedzieli.
Obaj mężczyźni parsknęli śmiechem. Dave nawet klepnął się w pierś obiema dłońmi, żeby zaznaczyć, iż "to jej się udało".
- Ano tak, kochanie! - zgodził się Vince, nadal z uśmiechem. - Ale czasami nagle coś się wydarza, na przykład dwoje uczniów na porannej przebieżce znajduje trupa na najładniejszej miejskiej plaży, a ty mówisz sobie: "To musi być dobry temat". Nie materiał na wzmiankę - co, gdzie, jak, kiedy i dlaczego, ale temat - a potem okazuje się, że nieprawda. Że to tylko garść faktów bez związku, otaczających prawdziwą niewyjaśnioną tajemnicę. I tego, kochanie, ludzie nie chcą. To ich denerwuje. Budzi zbyt wiele fal. Powoduje chorobę morską.
- Amen - dodał Dave. - Więc może dokończ tę historię, a my złapiemy trochę słońca?
I Vince Teague zaczął opowiadać.
7
- Siedzieliśmy w tym niemal od początku - a przez "my" rozumiem Dave'a i mnie, "Weekly Islandera" - choć nie pisałem o rzeczach, o których George Wournos wolał, żebym nie pisał. Nie widziałem problemu, bo to nie miało żadnego wpływu na dobro wyspy. Takie decyzje dziennikarze podejmują bez przerwy, Steffi - ty też będziesz i z czasem się do tego przyzwyczaisz. Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie zaczęła się z tym czuć komfortowo.
Dzieciaki wróciły i pilnowały zwłok, choć niedużo było tego pilnowania; zanim George i doktor Robinson dotarli na miejsce, widzieli najwyżej ze cztery samochody, wszystkie jadące w stronę miasta, i żaden nie zwolnił na widok dwojga nastolatków, truchtających w miejscu bądź robiących ćwiczenia rozciągające przy małym parkingu na plaży w Hammock.
Gdy George i doktor dojechali, odesłali Johnny'ego i Nancy do domu - i tutaj ci dwoje znikają z naszej historii. Nadal zaciekawieni, jak normalni ludzie, ale w istocie z ulgą, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. George zaparkował swojego forda na parkingu, doktor wziął torbę i razem podeszli do mężczyzny opartego o kosz na śmieci, który znowu trochę się przechylił na bok i doktor w pierwszym odruchu miał ochotę go wyprostować.
- Nie żyje? - pyta George.
- A jakże, co najmniej od czterech godzin, a pewnie od sześciu lub dłużej - doktor na to. (Wtedy właśnie przyjechałem i zaparkowałem chevroleta koło forda George'a). Sztywny jak deska. Rigor mortis.
- Czyli siedzi tu od
zaraz
od północy? - upewnia się George.
- Jak dla mnie, może tu siedzieć i od października - powiada doktor. - Pewien jestem tylko tego, że o drugiej rano już nie żył. Ze względu na zesztywnienie. Być może nie żyje od północy, ale nie mam doświadczenia w takich sprawach. Jeśli wiał silny wiatr, zesztywnienie mogło nastąpić wcześniej
- Wczoraj w nocy nie było wiatru - mówię ja, stając obok nich. - Zacisznie jak w uchu.
- Coś takiego, kolejny specjalista - doktor Robinson na to. - Może sam byś chciał określić godzinę zgonu, geniuszu.
- Nie chciałbym - mówię. - Zostawiam to tobie.
- A ja zostawię to koronerowi okręgowemu, Cathcartowi z Tinnock. Państwo płaci mu dodatkowo jedenaście tysięcy rocznie za fachowe babranie się we flakach. Moim skromnym zdaniem, to za mało, ale każdy ma to, na co zasłużył. Ja jestem zwyczajnym lekarzem od żywych. Ale
no cóż, ten gość o drugiej był już martwy, tyle mogę powiedzieć. Zmarł o zachodzie księżyca.
Potem przez jakąś minutę staliśmy tam we trójkę, przyglądając mu się jak żałobnicy. Minuta w pewnych okolicznościach może trwać strasznie krótko, ale może się też okropnie dłużyć. Pamiętam wiatr - jeszcze słaby, choć już zaczął nabierać sił Kiedy wieje ze wschodu, a stoi się od strony lądu, to taki smutny dźwięk
- Wiem - powiedziała cicho Stephanie. - Jakby wył.
Skinęli głowami. Nie wiedziała, że w zimie ten dźwięk staje się upiorny - i nie było powodu jej tego mówić.
- W końcu uznałem, że pora się odezwać. George spytał doktora, ile mniej więcej lat może mieć ten gość.
- Dałbym mu koło czterdziestki, z tolerancją do pięciu lat - doktor na to. - Zgodzisz się, Vincent?
Pokiwałem głową. Czterdziestka wydawała się prawdopodobna, a mnie przyszło do głowy, że żal faceta, który umarł jako czterdziestolatek, cholernie żal. To najbardziej anoni-mowy wiek.
- Potem doktora coś zainteresowało. Przykląkł na jedno kolano (co nie było łatwe dla człowieka jego gabarytów, doszedł wtedy chyba do stu czterdziestu kilo, a mierzył z metr siedemdziesiąt) i ujął prawą rękę zmarłego, tę, która leżała na piasku. Palce były lekko zgięte, jakby mężczyzna umarł, usiłując zrobić z nich lunetę. Kiedy doktor uniósł jego rękę, zobaczyliśmy jakiś brud na palcach i we wnętrzu dłoni.
- Co widzisz? - spytał George. - Dla mnie to tylko piasek.
- Zgadza się, ale dlaczego przywarł? - odpowiedział pytaniem doktor Robinson. - Ten kubeł, jak i pozostałe, są rozmieszczone daleko za linią przypływu, półgłówek by się zorientował, a wczoraj nie padało. Piasek jest suchy jak pieprz. No i patrz.
Podniósł lewą rękę zmarłego. Wszyscy zauważyliśmy na niej obrączkę, a także to, że palce nie były zapiaszczone. Doktor odłożył dłoń i podniósł tę drugą i trochę przechylił, by słońce dokładniej ją oświetliło.
- Proszę - mówi. - Widzicie?
- Co to jest? - pytam. - Tłuszcz? Zatłuścił rękę?
A ten się uśmiecha i mówi:
- Wygrywasz pamiątkowego misia, Vincent. A widzisz, jak trzyma te palce?
- Aha, jakby zrobił z nich lunetę - mówi George.
Wszyscy trzej padliśmy na kolana, jakby kubeł na śmieci był ołtarzem, a myśmy wzno-sili modły, żeby facet znowu ożył.
- Nie, nie lunetę - powiada doktor i wtedy coś zrozumiałem - był tak rozemocjonowany, jak bywają jedynie ludzie, którzy dowiedzieli się czegoś, czego normalnie tacy jak oni nie mieliby szansy się dowiedzieć. Spojrzał zmarłemu w twarz (przynajmniej wydawało mi się, że w twarz, ale okazało się, że trochę niżej), a potem na stuloną prawą dłoń. - Nie sądzę, żeby lunetę.
- To co? - pyta George. - Bo chcę to zgłosić na policji i w biurze prokuratora, Chris. Na-tomiast nie chcę spędzić całego ranka na czworakach, żebyś ty się mógł bawić w Ellery Qu-eena.
- Widzisz, jak jego kciuk niemal styka się z palcem wskazującym i środkowym? - pyta doktor, a my to oczywiście widzieliśmy. - Gdyby ten gość zmarł, spoglądając przez stulone palce, to kciuk by na nie zachodził, dotykając środkowego i serdecznego palca. Sam spróbuj, jeśli nie wierzysz.
Spróbowałem i niech mnie diabli, jeśli nie miał racji.
- To nie jest luneta - mówi doktor, znowu dotykając zesztywniałej prawej dłoni zmarłe-go. - To szczypce. Dodaj do tego tłuszcz i te drobinki piasku na dłoni i palcach, a co otrzy-masz?
Ja już wiedziałem, ale ponieważ to George był przedstawicielem prawa, pozwoliłem mu przemówić pierwszemu.
- Skoro coś jadł w chwili śmierci - pyta George - to gdzie to jest, do jasnej cholery?
Doktor wskazuje szyję trupa - nawet Nancy Arnault zwróciła na nią uwagę i określiła ją jako rozdętą - i mówi:
- Przypuszczam, że większość nadal znajduje się tam, gdzie była, kiedy się udławił. Podaj mi torbę, Vincent.
Podałem. Usiłował w niej grzebać, ale okazało się, że może to robić tylko jedną ręką, nadal opierając cały ciężar ciała na kolanach; był duży, no był, i musiał tak zrobić, żeby się nie przewrócić. Więc wręczył torbę mnie i mówi:
- Mam tam dwa wzierniki, Vincent. Jeden do codziennego użytku i jeden zapasowy, wygląda na całkiem nowiutki. Będziemy potrzebować obu.
- No, no, nie wiem - odzywa się George. - Chyba lepiej cały ten pasztet zostawić Ca-thcartowi zza wody. Jemu za to płacą.
- Biorę odpowiedzialność na siebie - doktor Robinson na to. - Ciekawość zabiła kota, jak wiesz, ale satysfakcja w trymiga go ożywiła. Wywlekliście mnie z domu na zimnicę i wilgoć, bez porannej herbaty czy choćby kawalątka grzanki, więc zamierzam wydusić z tego dla siebie odrobinę satysfakcji, jeśli tylko zdołam. Może zresztą nie zdołam. Ale coś mi mówi
Vincent, bierz ten. George, ty weź ten nowy, i nie upuść go na piasek, z łaski swojej, bo kosztuje dwieście dolców. No dobrze. Nie łaziłem na czworakach, odkąd się bawiłem w konika, a miałem wtedy siedem lat. Jeśli będę musiał dłużej utrzymać tę pozycję, pewnie się przewrócę na tego gościa, więc lepiej się zwijajcie i róbcie dokładnie to, co mówię. Widzieliście kiedyś, jak w muzeum sztuk pięknych oświetla się małe obrazki reflektorkami, żeby wyglądały kolorowo i ładnie?
George nie widział, więc doktor mu to wyjaśnił. Kiedy skończył (i zyskał pewność, że George Wournos zajarzył), miejscowy redaktor naczelny ukląkł po jednej stronie siedzących zwłok, a miejscowy policjant po drugiej, każdy wyposażony w małą latareczkę doktora. Ale zamiast iluminować dzieło sztuki, mieli wpuścić światło do gardła zmarłego, by doktor mógł do niego zajrzeć.
Robinson ustawił się, solidnie stękając i sapiąc - byłoby to śmieszne, gdyby okoliczno-ści nie były tak dziwaczne, i gdybym się trochę nie bał, że dostanie zawału - a potem wsunął facetowi rękę do ust i pociągnął szczękę w dół, jakby była na zawiasach. Jak się zastanowić, to właściwie była.
- A teraz - mówi - zbliżcie się, chłopcy. Gość was raczej nie ugryzie, ale jeśli się mylę, to zapłacę za ten błąd.
Przysunęliśmy się i poświeciliśmy zmarłemu do gardła. W środku było czarno i czerwono, z wyjątkiem języka, który był różowy. Słyszałem sapanie i stękanie doktora, a potem jego słowa, skierowane nie do nas, tylko do siebie: "Jeszcze trochę". I rozchylił bardziej szczęki zmarłego. A potem zwrócił się do nas:
- Podnieście wzierniki, świećcie prosto w przełyk.
Więc się staraliśmy, jak umieliśmy. Kierunek światła zmienił się na tyle, że róż z języka zmarłego znikł, a pojawił się na tym wiszącym dzyndzelku głęboko w gardle, jak on się na-zywa
- Języczek - powiedzieli jednocześnie Stephanie i Dave.
Vince skinął głową.
- Ano tak. I tuż za nim coś zobaczyłem, a raczej czubek czegoś, czegoś ciemnoszarego. Widziałem to tylko dwie lub trzy sekundy, ale to wystarczyło, żeby doktor Robinson miał tę swoją satysfakcję. Wyjął palce z ust zmarłego - dolna warga jakby cicho plasnęła, ale szczęki nadal były rozchylone - i usiadł, sapiąc jak nieboskie stworzenie.
- Chłopcy, musicie mi pomóc się podnieść - mówi, kiedy odzipnął na tyle, że wróciła mu mowa. - Nogi mam zdrętwiałe od kolan w dół. Cholera, ależ ze mnie idiota, że się tak upasłem.
- Podniosę cię, tylko powiedz kiedy - powiada George. - Widziałeś coś? Bo ja nic. A ty, Vincent?
- Coś jakby. (Prawdę mówiąc, wiedziałem, co ten skurkowaniec miał w gardle - wybacz, Steff - ale nie chciałem się wtrącać.
- Ano, widziałem - mówi doktor. Nadal trochę zasapany, ale zadowolony, jak ktoś, kto wreszcie podrapał dokuczliwie swędzące miejsce. - Cathcart to wyjmie i wtedy będziemy wiedzieli, czy to kawałek steku, schabowego czy czegoś innego, ale to chyba bez znaczenia. Wiemy, co ma znaczenie - przyszedł tu z kawałkiem mięsa w ręce i usiadł, żeby je zjeść, przyglądając się światłu księżyca na wodzie. Oparł się o ten kubeł. I udławił się, jak ten mały Indianin z rymowanki. Ostatnim kawałkiem jedzenia? Możliwe, ale niekoniecznie.
- Po jego śmierci mewa mogła ukraść to, co jeszcze trzymał w ręce - powiada George. - I zostało tylko trochę tłuszczu.
- No właśnie - doktor na to. - Teraz podnieście mnie, bo będę musiał dojść do samochodu George'a na czworakach i podciągnąć się na klamce.
|
|
| | | |
| |
Subskrypcja |
|