|
|
Blaze
|
Kiedy kawa była już gorąca, zerwał się i napełnił dwa kubki. Do jednego dodał sporo śmietanki i krzyknął:
- George! Kawa czeka, mistrzu! Bo ci wystygnie!
Cisza.
Spojrzał na stojącą przed nim białą kawę. On przecież zawsze pił czarną, więc po co mu to? No po co? Nagle coś ścisnęło go za gardło i mało brakowało, żeby złapał tę cholerną białą kawę George'a i pieprznął o ścianę, ale w końcu się pohamował. Zamiast tego wylał ją do zlewu. To się nazywa: panować nad sobą. Dorosły facet musi nad sobą panować, bo inaczej narobi sobie kłopotów.
Blaze siedział w chałupie do obiadu. Po obiedzie wyprowadził ukradziony samochód z szopy i pojechał. Zatrzymał się tylko na chwilę przy schodkach do kuchni, żeby wysiąść i obrzucić tablice rejestracyjne pigułami ze śniegu. To było sprytne zagranie. Trudno je będzie teraz odczytać.
- Co ty wyprawiasz, na miłość boską? - zapytał George; jego głos dobiegał z chałupy.
- Nie interesuj się - odpowiedział Blaze. - I tak jesteś tylko głosem w mojej głowie. - Wsiadł do forda i wyjechał na drogę.
- Mało to rozważne, co robisz - skomentował George. Teraz słychać go było z tylnego siedzenia. - Prowadzisz trefny samochód. Nieprzemalowany, na starych numerach, nic przy nim nie zrobiłeś. Dokąd cię niesie?
Blaze milczał.
- Nie jedziesz chyba do Ocoma, co?
Blaze milczał.
- No żeż kurwa, jedziesz do Ocoma - zgrzytnął George. - Ja pierdolę. Nie wystarczy, że pojedziesz tam raz, jak przyjdzie pora?
Blaze milczał. Nabrał wody w usta.
- Posłuchaj mnie, Blaze. Wracaj. Jak cię złapią, to wszystko szlag trafił. Wszystko. Cały plan.
Blaze wiedział, że George ma rację, a jednak nie zawrócił. Co to jest, że George zawsze musi rządzić? Nawet po śmierci mu rozkazuje. Jasne, plan był jego: ten jeden duży numer, o którym śni każdy drobny macher. "Każdy inny by poległ, ale nam się uda", mawiał George, ale najczęściej był wtedy albo pijany, albo na haju; nigdy nie brzmiało to tak, jakby naprawdę wierzył w swoje słowa.
Zajmowali się głównie małymi przekrętami, a George'owi na ogół to wystarczało - nieważne, co mówił po pijaku czy kiedy był najarany. Kto wie, może ten planowany numer w Ocoma Heights to była dla niego zabawa albo "mentalna masturbacja", jak mówił czasami, kiedy zobaczył w telewizji, że jacyś goście w garniturach nawijają o polityce. Blaze wiedział, że George był bystrzakiem. Wątpił tylko zawsze w jego osobistą odwagę.
Ale teraz, kiedy już nie żyje, czy pozostał w ogóle jakiś wybór? Zdany na własne siły Blaze był absolutnie do niczego. Po śmierci George'a jeden jedyny raz próbował podszyć się pod domokrążcę, żeby wcisnąć jakiejś babce zamówienie na męską odzież i musiał spieprzać jak zając, żeby go nie zgarnęli. A przecież zrobił wszystko dokładnie tak samo jak George: wybrał nazwisko tej kobiety ze strony z nekrologami, zafundował jej taką samą gadkę i pokazał rachunki dla nabywcy płacącego kartą kredytową (mieli ich w chałupie całą torbę, i to z najlepszych sklepów). Potem przeprosił, że zjawia się w takiej chwili i zapewniał, że jest mu bardzo przykro, ale interes to interes, a ona na pewno go rozumie. Powiedziała, że rozumie. Zostawiła Blaze'a w przedpokoju i poszła, jak mówiła, po portfel. Do głowy mu nie przyszło, że zadzwoni na policję. Gdyby nie wróciła do niego z tym rewolwerem, to pewnie dalej by czekał w przedpokoju i tak by go zastali gliniarze. Nigdy nie miał zbyt dobrego poczucia czasu.
Ale wróciła i wzięła go na muszkę. Widział dokładnie jej broń: srebrny damski rewolwer, z inkrustacjami na bokach i rękojeścią wykładaną perełkami.
- Policja już tu jedzie - poinformowała Blaze'a - ale zanim się zjawią, masz się wytłumaczyć. Chcę się dowiedzieć, co to za szumowina z marginesu przychodzi obrobić wdowę, nad której mężem jeszcze się nawet ziemia dobrze nie zamknęła.
Blaze miał gdzieś te wyjaśnienia, których od niego zażądała. Odwrócił się na pięcie i rzucił do drzwi. Wybiegł na ganek, a z ganku po schodach na alejkę. Biegał całkiem szybko, kiedy już się rozpędził, ale tak już miał, że wolno się rozpędzał, a tego dnia dodatkowo obezwładniła go panika. Gdyby tamta babka pociągnęła za cyngiel, mogła mu wpakować kulkę prosto w potylicę - a cel był spory, bo łeb miał jak sklep - albo odstrzelić ucho albo na przykład w ogóle chybić; z taką krótką lufą nigdy nic nie wiadomo. Ale nie strzeliła za nim.
Kiedy dotarł w końcu do chałupy, miał ściśnięty żołądek i pojękiwał ze strachu. Nie bał się aresztu ani pierdla, nie bał się nawet policji, chociaż wiedział, że jak zaczną go pytać, to na pewno pomieszają mu w głowie na amen, zawsze tak było. Przestraszył się tego, jak łatwo tamta kobieta go przejrzała. Jakby to było dla niej zupełnie oczywiste. George bardzo rzadko miewał takie wpadki, a poza tym zawsze wiedział, że klient się skapnął i umiał wyciągnąć siebie i Blaze'a z tarapatów.
A teraz ten cały plan. Blaze wiedział, że nie ujdzie mu to na sucho - wiedział, ale mimo wszystko brnął dalej. Może chciał wrócić za kratki. Może wcale nie byłoby tam tak źle, teraz, kiedy George nie żyje? Niech ktoś inny za niego myśli i daje mu żarcie.
Może przyjechał dziś do Ocoma Heights ukradzionym samochodem właśnie po to, żeby go złapali? Sunął bezczelnie środkiem miasta, pod samym domem Gerardów.
Nowa Anglia w zimie jest jak zamrażalnik, a ten dom przypominał lodowy pałac. W Ocoma Heights mieszkali "starobogaccy" (tak mówił George), a ich domy to były całe rezydencje. Ogromne trawniki, które zieleniły się wokół nich latem, teraz przypominały pola śniegowe. Zima była surowa tego roku.
Dom rodziny Gerardów był najlepszy ze wszystkich. George mówił, że wybudowano go w stylu "kolonialno-zasralnym", ale Blaze'owi wydawał się piękny. George powiedział mu, że Gerardowie dorobili się na transporcie morskim i że pierwsza wojna dała im pieniądze, a druga zrobiła z nich żywych świętych. Słońce odbite od śniegu lśniło zimnym ogniem w oknach ich domu. Okien było dużo.
|
|
| | | |
| |
Subskrypcja |
|