Stephen King
The Journals Of Eleanor Druse
My Investigation Of The Kingdom Hospital Incident



'The Journals Of Eleanor Druse, My Investigation Of The Kingdom Hospital Incident' to książka, która została opublikowana na krótko przed emisją serialu 'Szpital Królestwo' i miała za zadanie wprowadzić widzów w świat wydarzeń i postaci, które wkrótce poznają na ekranie.

Eleanor Druse to jedna z głównych postaci 'Królestwa', starsza pani, która za wszelką cenę chce wyjaśnić niepokojące zjawiska nadprzyrodzone mające miejsce w szpitalu. By nadać całości autentyczności, jako autora 'Dzienników Eleanor Druse' podano właśnie Eleanor Druse. Książkę otwiera list pani Druse do Stephena Kinga, w którym tłumaczy dlaczego wysyła swój pamiętnik właśnie do niego. Prawdziwe nazwisko autora utrzymywano dość długo w tajemnicy, o napisanie książki posądzano nawet samego Kinga, co miało miejsce także w przypadku książki 'Czerwona Róża: Z dziennika Ellen Rimbauer', która to książka powstała przy okazji mini-serialu 'Czerwona Róża'.
Osobą, która naprawdę napisała 'Dzienniki' jest Richard Dooling, współautor scenariusza serialu.

Wydarzenia przedstawione w książce rozgrywają się przed tymi, które mogliśmy obejrzeć na ekranie, aczkolwiek książka kończy się sceną z serialu - pani Druse towarzyszy w ostatnich chwilach swojemu przyjacielowi Lennemu. Co ciekawe, gdy powstawała książka, scenariusz musiał być dopiero w fazie początkowej, bo ów scena rózni się nieco na ekranie. Pani Druse na moment przed śmiercią prosi Lennego, by ten gdy będzie znajdował się między światami i zobaczy tam Mary, dał jej znak. W książce miał zrobić to dmuchając w płomyk świecy, na ekranie świeca została zastąpiona lampką.



Lektura pamiętników pozwala nam poznać fakty, których nie przedstawiono w serialu. I te mniej ważne i te nawet fundamentalne!

Okazuje się przede wszystkim, że za drugi pożar, który wybuchł w roku 1939 i śmierć Dr Gottreicha i Paula odpowiedzialna jest niejako sama pani Druse! Podczas jednego z wstrząsów mających miejsce na terenie szpitala, pani Druse zemdlała i miała taką oto wizję: w roku '39 Druse jako 11-letnia dziewczynka trafiła do Szpitala Gottreicha. Ten zamierzał przeprowadzić na niej swój eksperyment. Druse przrażona, płacząc zobaczyła stojącą za doktorem małą dziewczynkę dzwoniącą dzwoneczkiem. Ona także płakała, zaczęła krzyczeć powodując trzęsienie ziemi, co z kolei doprowadziło do pożaru. Gottreich próbował "pozbyć się" Druse, w tym momencie na dźwięk dzwonka małej dziewczynki pojawił się wielki mrówkojad. Korzystając z okazji Druse chwyciła toporek przeciwpożarowy i uderzyła doktora w głowę zabijając go.
Eleanor Druse już jako dorosła osoba badająca sprawy szpitala, dzięki swojemu synowi Bobbiemu dotarła do gazety, w której znalazł się artykuł opisujący pożar z roku 1939. W wypadku tym zginęły tylko dwie osoby - Dr. Gottreich i 15-letni Paul Morlock. Paul był obiektem eksperymentów doktora, który badał agresywne zachowanie chłopaka. W czasie pożaru Paul znajdowałsię w zbiorniku z fizjologicznym roztworem soli. Na miejscu zniszczonego szpitala, powstał nowy, który nazwano 'Królestwem', społeczność miejska bowiem, nie chciała by nowy szpital zachował nazwę Szpital Gottreicha. Spalony szpital zaczęto nazywać Starym Królestwem.

Druse nie pamiętała tych wydarzeń, o Mary poraz pierwszy dowiedziała się z listu Madaline Kruger, przyjaciółki z dzieciństwa, która napisała ów list na chwilę przed swoją śmiercią w roku '39. Obie panie w dzieciństwie znalazły się w Szpitalu Gottreicha. I tu kolejna rozbierzność książki z serialem, bowiem tutaj Druse poznaje imię Mary z listu, w serialu nie zna imienia dziewczynki-ducha, poznaje je dopiero odnajdując starą gazetę.

Dzięki książce poznajemy też nieco przeszłość Dr. Stegmana. Błąd podczas operacji Mony Klingerman wcale nie był jego pierwszym. Jak wiemy z serialu, Steg przyjechał do Królestwa z Bostonu i wcale nie był tym zachwycony. Z Bostońskiego Centrum Medycznego został wydalony z powodu bardzo poważnego błędu podczas operacji. Pani Druse dowiedziała się o tym gdy została wysłana na szczegółowe badania właśnie do szpitala w Bostonie i tam zetknęła się ze Stegmanem po raz pierwszy. Dzieliła tam salę z Nancy Conlan, która od czasu gdy Stegman operował złą stronę jej mózgu pozostaje w stanie wegetatywnym. Po powrocie do Lewiston i kolejnej wizycie w Królestwie, Druse zdumiona zastała tam Stegmana, który co ciekawe wcale jej nie pamiętał, mimo, że w Bostonie ją badał.

Jeszcze jedną ciekawostką, o której nie było mowy w serialu jest informacja o Edgarze Traffie. Okazuje się, że brat Elmera i syn Louisa popełnił w Królestwie samobójstwo. Miało to miejsce w roku 1999.




Książka skierowana jest tylko i wyłącznie do fanów Kinga, którzy mieli zamiar obejrzeć serial bądź już go obejrzeli. Sama w sobie nie jest szczególnie interesującą pozycją, przeczytałem ją tylko i wyłącznie dla takich ciekawostek, które wymieniłem powyżej.



Autor tekstu:
Nocny



Szpital Królestwo. Dzienniki Eleanor Druse
Polskie wydanie

* wydawca: Wydawnictwo Otwarte (Znak)
* okładka: miękka
* ilość stron: 256
* cena: 29 zł

O czym miła starsza pani Eleanor Druse może pisać do Stephena Kinga? Dlaczego w szpitalu dochodzi do serii tajemniczych zgonów? Skąd wzięło się tam widmo cierpiącej dziewczynki? Kto lub co śmiertelnie wystraszyło przyjaciółkę Eleanor? Emerytowana profesor psychologii ezoterycznej sama musi rozwikłać te zagadki. Tropy prowadzą w przeszłość do makabrycznych eksperymentów medycznych w Szpitalu Królestwo. Eleanor Druse nawiązuje kontakt z duchami, bada tajemnicze zjawiska, usiłuje wyjaśnić to, czego pozornie wyjaśnić się nie da. Lekarze upierają się jednak, że jej odkrycia to tylko przywidzenia pacjentki. Jedyny ratunek w Stephenie Kingu?

Większa okładka



Fragmenty

    Razem z pielęgniarką śladem światła lampki weszłyśmy do pokoju. W momencie, gdy przekroczyłyśmy próg, ręka pana Charrona musiała zadrżeć, bo nagle promień podskoczył do góry i wyraźnie oświetlił pierś i twarz Madeline.
    Oby nigdy nie było mi dane, czy to na tym świecie, czy w czeluściach piekielnych, ponownie ujrzeć czegoś równie upiornego. Twarz Madeline wykrzywiona była w spazmie bezgranicznego przerażenia, jakby spoglądała w otwarte na oścież bramy piekieł. Miała tak szeroko otwarte usta i tak wytrzeszczone oczy, jakby dosłownie umarła ze strachu. Jakby uśmierciło ją bazyliszkowe spojrzenie. Głowę wbitą miała w poduszkę, a lewą dłoń skierowaną wnętrzem do góry, skrwawioną - jakby naznaczoną stygmatami. Rany musiała zadać sobie szpikulcem do lodu, który wciąż luźno ściskała w prawej, oblepionej krwią, ręce.
    Madeline musiała rozorać sobie szpikulcem gardło - szczerzyło się teraz do nas niczym rozciągnięte w uśmiechu wargi, a z owej ohydnej jamy wylewały się czarne fale mrówek. Mrówki wychodziły również z jej poranionych dłoni, przegryzając skórę pociętych nadgarstków; tłoczyły się w nabrzmiałych, ropiejących ranach, jakby w martwych wnętrznościach Madeline zalągł się rój wściekłych insektów.



   - Bobby, czy tamtej nocy widziałeś ciało Madeline Kruger?
    Bobby zmarszczył brwi, a ja niemalże widziałam, jak jego wspomnienia torują sobie drogę wśród przytępiałych zachyłków jego mózgu. Usiłował przypomnieć sobie coś, co wcześniej ktoś powiedział, a on to puścił mimo uszu, bo tyle w nim było dociekliwości ile w pogrążonym w śnie zimowym niedźwiedziu.
    - Nie, mamo. Nie widziałem jej. Mieliśmy tamtej nocy jedną kryzysową sytuację po drugiej. Mniej więcej w tym czasie, kiedy upadłaś, na intensywnej terapii umarła im mała dziewczynka. Straszna rzecz. Wcześniej badał ją doktor Egas, kardiolog pediatra. Wykonał rutynowy zabieg rozszerzenia zastawki pnia płucnego - to był podobno prosty zabieg - ale wieczorem okazało się, że Egas przebił serce dziewczynki cewnikiem Fogarty, jak grzebał przy tej zastawce. Zabrali ją z powrotem do pracowni hemodynamicznej, próbowali ratować życie, ale umarła na stole operacyjnym. Miała osiem lat. Sprowadzili matkę do szpitala - wpadła w histerię. W pewnym momencie chwyciła jakiś skalpel i pociachała nim Egasa, tak poważnie. Musieliśmy w czwórkę odciągnąć ją od niego. Teraz lekarz naczelny bada całą sprawę, próbuje ustalić, czy przypadkiem Egas tamtego dnia nie wciągał nosem.
    Uniósł kciuk do nozdrzy, wymownie powąchał i już zamierzał mi wyjaśnić, na czym polega "wciąganie nosem", gdy wtrąciłam:
    - Wiem, o co chodzi, Bobby. W latach sześćdziesiątych byłam na tyle młoda, by korzystać z wszelkich uroków tamtych czasów. Ale co to za potwór, co to za kompletny idiota zażywa narkotyki przed operacją dziecka?
    - Dziewczynka umarła, ty uderzyłaś się w głowę, a w dodatku mieliśmy tu prawdziwe trzęsienie ziemi. Przebite rury, szczeliny w piwnicznych podłogach...
    Bobby zawahał się - widziałam, że chciał mi coś powiedzieć, ale się rozmyślił.
    - No co? Powiedz.
    - Nic, mamo - odparł. Zbyt szybko.
    - Jak to szło...? - z trudem wysiliłam pamięć, by wygrzebać z niej resztki zapamiętanych fragmentów z Szekspira. - "Nic ma tę właściwość, że ukrywać się nie potrzebuje". Chodzi o tę biedną dziewczynkę?
    Odwrócił wzrok, co oznaczało, że miałam rację.
    - Ona... - Zaczerpnął tchu, pocierając szczękę wnętrzami dłoni. - Umieścili jej ciało w kostnicy, bo oczywiście trzeba będzie przeprowadzić autopsję. No a te szczeliny w ścianach i podłogach na niższych poziomach... Tam kiedyś był stary szpital, mamo. Pamiętasz? Spalił się, gdy byłaś mała. Zbudowali nowy na zgliszczach tamtego. No i... wiesz, jak to jest z różnym plugastwem, gdy następuje trzęsienie ziemi. Szczury wypadły z kryjówek, dostały się do ciał...
    - O, nie... Bobby...
    - Po prostu nie wypytuj o panią Kruger. Sprawa ma zostać wyciszona. Rodzina to katolicy, oni nawet nie chcieliby słyszeć o żadnym samobójstwie.



Jakiś niski pomruk odbił się echem w głębi mego... ducha (wiem, że to niemożliwe, ale to właśnie czułam: oszałamiającą wibrację pustki). Pomruk zmienił się w ryk, robił się coraz głośniejszy, zdawał się porywać mnie w górę, zupełnie jakbym była sokołem unoszącym się na ciepłych prądach powietrza. Ale zamiast nurkowania w kumulusach i śmigania po lazurowym niebie, ja gnałam w górę, obijając się o mroczne, twarde ściany zbudowane ze splamionych cegieł i zardzewiałych prętów. Na samym szczycie migotało światło - kierowałam się ku niemu. Gdy spojrzałam w dół, zorientowałam się, że to szyb windy. Gdzieś w dole poruszały się klatki wind, zawieszone na kablach, zatłoczone ludźmi, wymachującymi rękoma, szarpiącymi się wzajemnie, próbującymi mnie dosięgnąć, usiłującymi uciec, błagającymi mnie o coś, wołającymi o łaskę. Ale windy zjeżdżały w dół, coraz niżej i niżej, aż do miejsca, gdzie cienie toczyły bój z płomieniami piekielnych czeluści.
    Zwróciłam wzrok ponownie ku górze, ku jasności i wznosiłam się ku niej. Zza tego światła dobiegał czyjś głos, wołający mnie. Poczułam, że tam ktoś jest, poczułam, że ten ktoś wzywa mnie w stronę jasności, dźwiga mnie w górę na cieniutkich strunach światła (...)
    Zbliżając się do wierzchołka szybu, skąd biło światło, głos stał się niespokojny, a jasność zbladła i w końcu zgasła, niczym żarzący się węgielek, duszony przez napierającą ciemność, tak rozległą i gęstą, że aż połyskującą. Czułam się tak, jakbym ja - dziecię światłości - miała zostać wessana do wnętrza mrocznej gwiazdy lub kryształu z obsydianu. Nadal jednak czułam tę nieokreśloną obecność, słyszałam jej westchnienia w gasnącym popiele.
    I nagle pęd ustał - zatrzymałam się, zawisłam w bezdźwięcznej próżni. Wtedy głos zawołał mnie raz jeszcze, a ja znowu poczułam jego pełen desperacji ton, rezonujący echem w mym bezcielesnym wnętrzu.
    Ów krzyk był krzykiem dziecka, małej dziewczynki. Skarżyła się na coś, ale nie mogłam jej zrozumieć. Kryła się jednak w tym głosie taka rozpacz i taki ból, że miałam ochotę płakać, lecz nie byłam w stanie uronić ani jednej łzy, co stanowiło dla mnie istną torturę. Podejrzewam, że najzdolniejszy nawet pisarz nie jest w stanie wyczerpująco opisać głosu, który słyszałam u szczytu szybu windy, więc jak ja mam sobie poradzić z tym zadaniem? W niedoli wyrażonej w tym przeszywającym krzyku zdecydowanie było coś ludzkiego, a jednak krzyk nie pochodził z tego świata. Ów lament zsyłał na mnie dręczące wizje tego, co znajdowało się po drugiej stronie światła: widziałam królestwo wiecznej nocy, gdzie jedyny blask stanowiły śmierć i ciemność, a ślepe, potępione dusze wrzeszczały w przerażeniu. Gdzieś pośrodku tego czarnego oceanu, na którym unosiły się skrzepliny koszmarów, dryfowała dusza małego dziecka, zagubionego i samotnego. Chociaż wydawało mi się, że od tamtej rozmowy minęły całe wieki, dokładnie pamiętałam, co tuż przed moją śmiercią powiedział sanitariusz o cuchnącym alkoholem oddechu: "Jeśli zostanie tu pani chwilę, ona pewnie się zbudzi i znowu zacznie opowiadać o pani i o tej dziewczynce".


   Subskrypcja


StephenKing.pl © 2002 - 2009
Wszelkie prawa zastrzeżone. Projekt i wykonanie
Mando, nocny, ingo