|
|
Czerwona Róża Z dziennika Ellen Rimbauer
|

|
'Czerwona Róża: Z dziennika Ellen Rimbauer' powstała na motywach napisanego przez Kinga scenariusza mini-serialu telewizji ABC pod tytułem 'Czerwona Róża', wyświetlanego w marcu 2001 roku. Powieść miała najwyraźniej na celu dokładniej przedstawić widzom historię nawiedzonego domu oraz losy pierwszych jego właścicieli.
|
| Opis z polskiego wydania |
Na początku XX wieku młoda żona bogatego przemysłowca z Seattle, Ellen Rimbauer, zamieszkała w wzniesionej przez męża, nawiedzonej przez duchy, monumentalnej rezydencji "Czerwona Róża". Budynek wydaje się żyć własnym życiem: jego ściany rosną, odkrywane są nowe korytarze, a na przestrzeni lat znika lub ginie tu kilkadziesiąt osób. Czytając prowadzony przez Ellen pamiętnik, obserwujemy jej przemianę z niewinnej dziewczyny prześladowanej przez zaborczego, seksualnie nienasyconego małżonka, w dojrzałą kobietę. Świadoma swojej przewagi, nawiązuje łączność z mrocznymi siłami drzemiącymi w murach i staje się ich mimowolną sojuszniczką. Dopomaga jej w tym pokojówka Sukeena, której nie są obce tajniki czarnej magii.
Tajemnicze wydarzenia w "Czerwonej Róży" wielokrotnie szokowały społeczność miasta Seattle. Wyjaśnienie części zagadek przyniósł dziennik Ellen, przypadkowo odnaleziony po kilkudziesięciu latach przez dr Joyce Reardon z Uniwersytetu Beaumont, badaczkę zjawisk paranormalnych.
|
| O książce |
Aby dodać książce autentyczności jako autora podano dr Joyce Reardon . To właśnie Joyce - kobieta owładnięta obsesją na punkcie dziwnego budynku - jest główną bohaterką serialu 'Czerwona Róża'. Prawdziwe nazwisko autora książki, przez prawie rok, utrzymywano w tajemnicy, zaś w tym czasie o napisanie jej posądzano nawet samego Stephena Kinga. Ostatecznie okazało się, że za 'Dzienniki Ellen Rimbauer' odpowiada przyjaciel Kinga, który razem z nim grywał w zespole Rock Bottom Remainders, popularny w USA autor powieści kryminalnych, Ridley Pearson.
Książkę otwiera list Joyce, w którym wyjaśnia, że latem 1998 roku udało jej się nabyć na wyprzedaży w Everett w stanie Waszyngton, zakurzony, zamykany na klucz dziennik należący do Ellen Rimbauer. Dziennik ten stał się tematem jej pracy magisterskiej, a sama rezydencja - Czerwona Róża - jej obsesją. Joyce wyjaśnia, że przytoczy tutaj tylko fragmenty dziennika i, że to właśnie zapiski pani Rimbauer skłoniły ją do zorganizowania specjalnej ekspedycji, która rozgrywa się w serialu Kinga. Dziękuje swojemu wydawcy i informuje czytelnika, że z oryginalnego tekstu usunęła sporo powtórzeń oraz fragmentów, które "obrażają poczucie dobrego smaku".
Nie wiem czym właściwie miały być 'Dzienniki Ellen Rimbauer'. Na pewno nie jest to typowe wprowadzenie do mini-serialu. Co więcej czytanie książki przed zapoznaniem się z filmem może nam popsuć radość z oglądania tego obrazu. Wszystkie ważne wydarzenia z życia państwa Rimauer zostały już przedstawione w filmie podczas licznych retrospekcji, które przewijały się do samego końca serialu. Sama Joyce Reardon opowiada w mini-serialu właściwie całą historię Ellen. Począwszy od ślubu, poprzez feralny miesiąc miodowy, poznanie Sukeeny, seans spirytystyczny, narodziny dzieci oraz zaginięcia czy tajemnicze wypadki mające miejsce w nawiedzonej rezydencji. Dlatego nie bardzo rozumiem po co w zasadzie jest ta książka. Owszem wydarzenia opisane są dokładniej (z punktu widzenia samej Ellen), ale co z tego skoro (poza kilkoma dodanymi drobiazgami) nie ma tu już żadnej ważnej tajemnicy, która nie zostałaby rozwiązana w mini-serialu. Poza tym sposób przedstawienia wydarzeń jest dość męczący dla czytelnika, oparty głównie na niekończących się rozmyślaniach bohaterki przeplatanych licznymi opisami jej fantazji i obsesji seksualnych.
W roku 2003 Craig R. Baxley, reżyser 'Czerwonej Róży', zekranizował również tę książkę. Film ma tytuł 'Z dziennika Ellen Rimbauer', a scenariusz do tej produkcji napisał sam autor powieści - Ridley Pearson.
|
 |
Autor tekstu: Mando
|
|
|
| Fragmenty |
17 KWIETNIA 1907- SEATTLE
Drogi Dzienniczku
Z pewnymi obawami powierzam moje sekrety twym zaufanym stronicom. Nie wiem, czy stanę na wysokości zadania, lecz teraz, gdy po głowie chodzą mi szalone myśli, a serce wypełniają romantyczne fantazje i przeczucie nowych możliwości, widzę, że muszę się komuś zwierzyć, i zwracam się do ciebie. Przeżyłam dziewiętnaście lat w oczekiwaniu na chwilę, kiedy moim sercem i życiem zawładnie jakiś mężczyzna, w oczekiwaniu na miłość, pasję i romans. Ta chwila właśnie nadeszła. Na samą wzmiankę o Johnie Rimbauerze robi mi się słabo, a niektóre z moich myśli nie przystoją wcale damie, za którą się uważam.
Chwilami ogarnia mnie czysto fizyczna żądza. Czy wpływ na to ma lektura popularnych powieści, jak powiada moja matka, czy też jestem grzesznicą, jak zdaje się utrzymywać ojciec (oczywiście nie mówiąc tego wprost, lecz karcąc mnie uniesioną i zmarszczoną brwią)'? Muszę przyznać, iż mam jednocześnie wrażenie, że gdzieś na wyciągnięcie ręki czai się mrok. Śmierć. Groza. Zniszczenie. Czyżby zrodziło je poczucie willy z powodu niegodnych damy fantazji, którym oddaję się samotnie w ciemności? (Czy też źródłem tych wizji jest jakaś moc całkowicie wobec mnie zewnętrzna, jak jestem skłonna wierzyć?). Czy istnieje inny świat? Wydaje mi się, że musi istnieć - jakaś siła niezależna od ludzkiego doświadczenia.
Siła zupełnie samodzielna i niezwiązana z Bogiem, do którego się modlę. Coś bardziej mrocznego, zewnętrznego, coś nie z tego świata. Coś kompletnie nieznanego. Ta siła czai się w ciemności. Czujęjej obecność. Skłamałabym, twierdząc, że majacząca na horyzoncie przyszłość, ta wielka niewiadoma, nie budzi we mnie dreszczu podniecenia. Myślę zarówno o tym, co może wnieść w moje życie John Rimbauer, jak i o obecności tej większej, mroczniejszej siły.
John Rimbauer jest współwłaścicielem wielkiej finny naftowej, Omicron Gil, należącej również częściowo do pana Douglasa Poseya, przemiłego spokojnego dżentełmena, którego miałam przyjemność poznać wraz z jego żoną Phillis. Ropa naftowa, jak mi powiedziano, stanowi bardzo obiecujący surowiec, który służy do oświetlania domów, a w przyszłości może przydać się do ich ogrzewania.
John twierdzi, że olejowe piece do ogrzewania wody są rozpowszechnione na Wschodnim Wybrzeżu. Nafta wykorzystywana jest jako paliwo w automobilach. Mam nadzieję, że pewnego dnia pojadę z Johnem pociągiem do Detroit, gdzie robi interesy z Rockefellerami. Aż kręci mi się w głowie na tę myśl: ja, skromna córka bankiera z Seattle, będę jadła kolację w towarzystwie samego Johna D. Rockefellera! A mimo to... Czuję, że otwiera się przede mną cały świat. Kluczem do niego jest John. Jestem pewna, że zaręczymy się w ciągu miesiąca. Czy odważę się mówić o tym z taką szczerością? Tylko na twoich stronach, Drogi Dzienniczku!
John zlecił budowę wielkiej rezydencji. Okazalszej od wszystkich domów w tym stanie, a być może i w całym kraju. Często mi o niej opowiada, tak jakby miała ona odegrać ważną rolę również i w moim życiu, o czym jestem teraz (niemal całkowicie) przekonana. (Pisząc to, oblewam się rumieńcem!). Zaproponował mi przejażdżkę automobilem na plac budowy, a ja przyjęłam zaproszenie. W ciągu tygodnia pojedziemy razem w miejsce, które stanie się być może świadkiem naszego przyszłego szczęścia. (Człowiek zawsze marzy o szczęściu. Ta groza, którą odczuwam - czy ona także odegra jakąś rolę? Mogę tylko mieć nadzieję i modlić się, aby to przeczucie nadciągającej zguby zostało przezwyciężone przez światło i miłość, która zwiąże mnie i mojego przyszłego męża).
11 MAJA 1907 - SEA TTLE
Drżącą ręką i nie bez pewnych oporów przystępuję do opisania na twoich kartkach straszliwych wydarzeń tego dnia. Od mojego ostatniego zapisu minęło kilka tygodni, w trakcie których nasza wizyta na placu budowy była stale odkładana, a to z powodu pilnych interesów Johna (tak mi w każdym razie mówiono), a to w wyniku mojej własnej niedyspozycji (kobiecego "rytuału róż", jak określa ten stan moja matka), a to dlatego, że John nie był najwyraźniej w stanie wyznaczyć terminu odpowiadającego nam obojgu.
W końcu data została ustalona na dzisiaj, na ten właśnie dzień, i z bijącym w piersi sercem czekałam na przyjazd Johna na stopniach naszego rodzinnego domu. Jak wiele się spodziewałam po tym spotkaniu!
Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu (oraz, trzeba przyznać, rozczarowaniu mojej matki) John nie poprosił jeszcze o moją rękę. Z całą pewnością nie zwrócił się z tym do mnie, nie odbył też żadnej rozmowy na temat posagu z moim ojcem (o czym poinformowała mnie w najściślejszej konfidencji matka). Jak wolno wlokły się te tygodnie.
Dwukrotnie zostałam powiadomiona przez zaufane przyjaciółki, że należący do Johna albo podobny automobil widziano nocą na szosie łączącej dzielnicę portową i Hill, gdzie obecnie mieszka. Jestem przekonana, że te wypady związane są z wyładunkiem baryłek ropy - trwa on bez przerwy, w dzień i w nocy. Oczywiście jednak nie byłabym kobietą, gdybym nie obawiała się czegoś zupełnie innego - ta część miasta cieszy się bowiem złą reputacją jaskini rozpusty. Kim jest ten mężczyzna, którego mam nadzieję poślubić? Prawie w ogóle go nie znam!
Te obawy zakradły się do moich modlitw i nie ustrzegłam się grzechu, błagając w duchu mroczne otaczające nas siły, aby ukarały Johna Rimbauera, jeśli wyjdzie na jaw, że popełnił jakąś niegodziwość. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu, kiedy odmawiałam przy łóżku taką "mroczną modlitwę", zerwał się potężny wiatr niepodobny do niczego, co widziałam do tej pory - i cisnął pod moje okno nie tylko gałąź, lecz całe drzewo, wyrywając je z korzeniami i tłukąc szybę. Co dziwne, nie ucierpiało żadne inne drzewo w naszym ogrodzie, a żaden z sąsiadów nie był świadkiem tego wiatru.
Przypisuję to zdarzenie bardzo namacalnej sile mojej modlitwy. Moja matka, chociaż jest chrześcijanką, uważa takie rozumowanie za głupotę. Pozwól, że ci wyznam, Drogi Dzienniczku: jeśli to drzewo zostało wyrwane w wyniku mojej modlitwy, całe to wydarzenie nie ma nic wspólnego z Chrystusem.
Tego wieczoru w moich modlitwach nie zwracałam się bowiem ani do Boga, ani do Chrystusa. Ludzie bojaźliwego serca niechaj nie ważą się czytać dalej. Ponieważ modliłam się do Niego. Do Tamtego. Po tamtej stronie. Bo jeżeli John Rimbauer popełnił jakąś niegodziwość, w takim razie świadomie bądź nieświadomie nie dotrzymał mi wierności. To do mocy Tamtego się modlę. Przerwałam na chwilę, aby zamknąć drzwi na klucz.
(W tych dniach, kiedy moja sypialnia jest remontowana, śpię w pokoju siostry). Mam coraz silniejsze uczucie, że ktoś zagląda mi przez ramię, gdy piszę. John? Matka? Nie wiem. Ale to deprymujące wrażenie wymaga ode mnie zachowania pewnych środków ostrożności, do jakich muszę się teraz uciec. Nie tylko zamykam na kluczyk ten dziennik, lecz przechowuję go w zamykanej szufladzie, do której kluczyki zawieszam na szyi, pod suknią, na srebrnym łańcuszku należącym niegdyś do mojej prababki Gilchrist.
Wciąż zauważam jakieś osobliwości i niedające się wyjaśnić zdarzenia, które wprawiają mnie w konsternację i skłaniają do przedsięwzięcia tych działań. (Nie dalej jak wczoraj moja szczotka do włosów przemieściła się z jednej strony umywalki na drugą, kiedy myłam twarz. Przysięgam, że to prawda! Podniosłam głowę i spostrzegłam, że szczotka leży przy mojej lewej ręce, podczas gdy jeszcze przed chwilą trzymałam ją w prawej!).
Niektóre meble zmieniają miejsce. Jedna z szuflad w mojej serwantce (ta, w której trzymam listy miłosne od Johna) zacięła się wczoraj i nie chciała się otworzyć, nawet kiedy próbował to zrobić Pilchert, nasz lokaj. Dzisiaj, jak mi powiedziano, Pilchert usunie tylną ściankę serwantki, ażeby wydostać zawartość szuflady. Z osobna żaden z tych drobnych faktów nie miałby dla mnie znaczenia.
Ale wzięte razem? Czyż można je ignorować?
Jestem przerażona i jednocześnie podekscytowana - możliwe, że to ja ponoszę winę, nie tylko dlatego, że zanosiłam modły do innej Mocy, lecz z powodu niezdrowej ciekawości i fascynacji nadprzyrodzonym charakterem pozornie niezwiązanych ze sobą zdarzeń. Może lepiej nie budzić licha? Ale przejdźmy do wydarzeń tego dnia!
16 STYCZNIA 1909
Muszę ci opowiedzieć, Drogi Dzienniczku, o inauguracji naszego dworu i o upojnej romantycznej nocy, jaka po niej nastąpiła.
Najpierw o pogodzie. Spotyka nas chyba kara za ten rok, który spędziliśmy w najbardziej tropikalnych klimatach. Upały w Kenii i w Kairze zostały z nawiązką okupione przez najbardziej srogą zimę, jaką pamiętają w Seattle. Mróz, jaki chwycił przed kilkoma dniami, sięgając piętnastu stopni poniżej zera i pozwalając po raz pierwszy, odkąd sięgam pamięcią, na urządzenie ślizgawki na Lake Union zelżał dzień później do temperatury minus pięciu stopni. Zimowe zabawy trwały przez cały ten dzień aż do późnego wieczora. A potem, kiedy słupek rtęci powrócił do bardziej typowych dla tych stron plus pięciu stopni, nastąpiła tragedia. Nazajutrz rano gazety doniosły, że w całym mieście pękło dwadzieścia tysięcy rur. Jakimś cudem nasz usadowiony na wzgórzu dom w ogóle nie ucierpiał. Nie pękła w nim ani jedna rura - co odbiło się w mieście szerokim echem. John uważa, że to zasługa jego oraz inżynierów, którzy dobrze zaizolowali rury i poprowadzili je w wewnętrznych ścianach. Przypuszczam, że swoją rolę odegrał też fakt, że służba paliła porządnie we wszystkich kominkach, a także uruchomiła parowe ogrzewanie, przygotowując dom do bankietu. Mniejsza z tym! Nasi goście, z których wielu pozbawionych zostało bieżącej wody w swoich domach, byli zachwyceni, mogąc się u nas bawić!
A teraz wracam do samej rezydencji, ponieważ jestem w niej zakochana! Rzadko, a już z całą pewnością nie na Zachodnim Wybrzeżu, widzi się taki przepych, takie nieliczenie się z kosztami. Być może tylko Rockefeller, Vanderbilt i Carnegie zbudowali w Ameryce pałace równie okazałe jak nasz. Kiedy to piszę, wciąż trwa jego budowa (zastanawiam się, czy kiedykolwiek dobiegnie końca), lecz mimo to mogliśmy oprowadzić gości po mniej więcej dwudziestu tysiącach stóp kwadratowych powierzchni mieszkalnej. Wyłożony afrykańskim mahoniem hol wejściowy, w którym John umieścił swoje myśliwskie trofea, ma sześćdziesiąt stóp długości i prowadzi do półkolistych dwustronnych schodów, którymi wchodzi się na pierwsze z czterech pięter. Gdy stanie się na dole, korytarze prowadzą w cztery strony świata. Na wprost jest kuchnia i oranżeria. Po prawej stronie galeria obrazów i kilka saloników. Po lewej sala bankietowa, kolejne hole i saloniki, a także pokój śniadaniowy. Kilka dni zajęło mi poznanie wszystkich zakamarków pałacu. Można się w nim tak szybko i łatwo zgubić.
W inauguracji wzięło udział ponad dwieście pięćdziesiąt osób. Kolację podano w sześciu pokojach, a potem aż do rana trwały tańce w wielkiej sali balowej. Gościliśmy senatora, burmistrza, wielką aktorkę z Broadwayu, panią Marjorie Savoy, baseballistę, którego nazwisko wyleciało mi z głowy, a który jest podobno dość sławny, olśniewająco piękną śpiewaczkę sopranową Jeanine Sabino (z którą John jak na mój gust spędzał trochę zbyt wiele czasu) oraz dwóch Włochów i jednego Chińczyka, którzy zajmują się ponoć przemytem dżinu lub inną przestępczą działalnością i zostali zaproszeni tylko dlatego, że John potrzebuje ich współpracy przy imporcie ropy. (Im więcej dowiaduję się o tej branży, tym bardziej jestem przerażona. Jedną z korzyści naszego rocznego pobytu za granicą jest to, że John wtajemniczył mnie w swoje naftowe interesy i wiele się od niego dowiedziałam. Wydaje się, że stale uczestniczy w jakichś tajnych negocjacjach, starając się razem z innymi rafineriami i mniejszymi firmami naftowymi wymusić na liniach kolejowych niższe koszty transportu, aby zapewnić odpowiednią podaż i obniżyć koszty pracy. Nie miałam pojęcia, że wymaga to aż takiej konspiracji!).
Miałam na sobie białą suknię, która tak bardzo podobała się panom, że będę ją odtąd wkładać co roku! Panie były wszystkie pięcie wystrojone w kosztowne aksamitne, jedwabne i wełniane suknie. Panowie wystąpili we frakach oraz białych muszkach, eleganckich i wyrafinowanych. Powiadam ci, Drogi Dzienniczku, byliśmy na ustach całego miasta i ten bankiet sprawił, że nie zapomni się o nas przez długie lata. Oprowadzając gości, słyszałam takie słowa, jak "muzeum" i "królewski pałac". Dom jest wspaniale udekorowany - widząc teraz, jak pięknie wszystko do siebie pasuje, uważam, że warto było odbyć tę podróż. Wnętrza są wystawne, lecz nie zbytkowne, ekstrawaganckie, lecz nie szkaradne. Jestem bardzo dumna z siebie i z Johna, że udało nam się czegoś takiego dokonać.
Przytoczę tutaj treść rozmowy, którą usłyszałam, podchodząc do drzwi biblioteki (mieści się w niej sześć tysięcy tomów!), a którą prowadzili ze sobą dwaj panowie, kanclerz uniwersytetu, Tanner Longford, oraz Bradley Webster, dyrektor banku konkurującego z bankiem mojego ojca. Zaznaczam, Drogi Dzienniczku, że nie są to w żadnym wypadku ludzie o ograniczonych horyzontach i fakt, że mówili o tym właśnie oni (z całą pewnością w konfidencji), zwiększa prawdopodobieństwo opisywanych wydarzeń.
Tanner ma głęboki głos urodzonego gawędziarza. Bradley Webster jest drobnym mężczyzną i wypowiada swoje kwestie nosowym zaaferowanym tonem. Pierwszy odezwał się Tanner. - Słyszałeś o morderstwie, do którego tu doszło?
- Tak, oczywiście. To straszne, nieprawdaż? - odparł Bradley Webster. Jest odrobinę przemądrzały.
- Słyszałem, że ten człowiek... nazywał się Corwin, prawda? - Chyba Corbin.
- Tak. Właśnie. No cóż, biedak dostał pomieszania zmysłów. Kompletnie zbzikował. Skazano go na dwadzieścia pięć lat. Wyłupił sobie oczy w celi, twierdząc, że kazał mu to zrobić jakiś Indianin. Powiedział, że wyszedł z dołu niczym sam diabeł... to znaczy z dołu wykopanego pod fundamenty... i podał mu dubeltówkę.
- Wyłupił sobie oczy?
- Tak. Słyszałem, że tego nie przeżył. Wykrwawił się na śmierć. Bezoki sukinsyn biegał po celi i wrzeszczał "Idź precz! Idź precz!". Twierdził, że ten sam Indianin odwiedził go w celi i oznajmił, że jego dzieło nie zostało zakończone.
- Indianin...
- Rimbauer oczywiście o wszystkim wiedział. - O czym miał wiedzieć, Tanner?
- Nie wiesz, co to za miejsce? - Obawiam się, że nie.
- Dowiedziałem się od Lisy - wyjaśnił Tanner Langford. (Lisa jest jego siostrą, wpływową kobietą i członkinią naszego komitetu budowy szpitala dla dzieci). - Kopiąc dół pod fundamenty, odkryli szczątki Indian. Był tam ich cholerny cmentarz. Podobno odkopali całą furę szkieletów. Część Chińczyków odeszła. Kilka osób zachorowało z powodu tych grobów. Gorączka, tego rodzaju rzeczy.
- Nic o tym nie słyszałem.
- Lisa zna wszystkich tutejszych lekarzy. Możemy jej chyba wierzyć.
- Nie chciałem sugerować, że...
- Słyszałem, że odkryto jakieś relikwie. Wodza albo plemiennego króla. Doszło do plądrowania. Rimbauer wyrzucił kilka osób. Ale wieść się rozniosła. Z administracji stanowej mieli przysłać eksperta. I wtedy Rimbauer spalił kości.
- Co takiego?!
- Z tego, co rozumiem, spalił je w ognisku. Kazał polać je kilkoma baryłkami swojej ropy... paradne, nieprawdaż...? i spalił je na popiół. Kiedy przybył urzędnik stanowy, nic już nie zostało. Mieli zamiar zamknąć budowę, lecz teraz, sam rozumiesz, nie mogli nic zrobić. Rimbauer oznajmił, że to wszystko plotki. Nie jest w ciemię bity. Ale potem ten facet, Corbin... co o tym sądzisz? Indianin, powiedział. Kazał mu to zrobić. Wyobrażasz to sobie?
- To wszystko bajki. Po prostu bajki.
- Zgadzam się. Zgadzam się. Ale mimo to... Indianin!
W tym momencie ktoś do mnie podszedł, żeby się przywitać, i nie mogłam ich dalej podsłuchiwać. Nie wiem, co jeszcze mówili. Wiem tylko, że John nie wspominał mi nigdy o żadnym indiańskim cmentarzysku. Nigdy również nie słyszałam tej historii o Corbinie. Wyłupił sobie oczy! Dobry Boże, nie mieści mi się w głowie, by można było zadać sobie samemu takie rany! Mam wielką nadzieję, że to tylko plotki - ludzie uwielbiają snuć sensacyjne opowieści o swoich bogatych bliźnich. John od wielu lat jest przedmiotem wielu dywagacji i pogłosek. Teraz dotyczy to również i mnie; przypuszczam, że będzie to trwało dopóty, dopóki będzie dzierżył w ręku tak wielką władzę. Zaopatruje to miasto w osiemdziesiąt procent oleju oświetleniowego, nafty i benzyny. Tak samo Portland. Czterdzieści procent San Francisco. Dziewięćdziesiąt procent Denver. Kupują od niego Japończycy. Brytyjczycy. Francuska Indonezja. Stworzył prawdziwe imperium (powiększywszy je znacznie podczas naszej podróży poślubnej) i jak każdy imperator jest na ustach wszystkich.
Powtórzyłam podsłuchaną rozmowę Sukeenie, która jest bardzo przenikliwa, gdy idzie o sprawy ducha. Stwierdziła, że dom "ma moc" potężniejszą od wszystkiego, co czuła do tej pory.
Znamienna rzecz: kilkoro naszych gości skarżyło się, że zwiedzając na własną rękę pokoje podczas bankietu, zgubili się i wpadli w panikę. Właściwie trochę mnie to rozbawiło, ponieważ wczoraj albo przedwczoraj sama się tu zgubiłam - przez chwilę wydawało mi się, że ten sam korytarz wyglądał parę minut wcześniej zupełnie inaczej. Wyobrażasz sobie, Drogi Dzienniczku? Nie zwracałam większej uwagi na te bajania do chwili, gdy Sukeena ostrzegła mnie, żebym trzymała się z daleka od sali bilardowej. Z początku myślałam, iż chodzi jej o to, że John nie chce, by mu przeszkadzano, kiedy pali tam swoje cygara i pije brandy. Nie mówiłyśmy o tym aż do dzisiaj, kiedy wspomniałam, że kilkoro gości nie mogło odnaleźć drogi.
- Sala bilardowa - powiedziała.
- Nie bardzo wiem, o co ci chodzi - odparłam.
- Panienko Ellen słowo daję: oni mówić o sali bilardowej. Ja widzieć tam różne rzeczy. Czuć je tutaj. - Mówiąc to, przycisnęła rękę do serca, w geście, który wykonuje tylko, gdy jest bardzo rozemocjonowana. (Kiedy straciłam dziecko, siedziała, trzymając mnie za rękę i przyciskając w ten sam sposób drugą dłoń do serca).
- Co czułaś, moja droga przyjaciółko?
Sukeena potrząsnęła głową, najwyraźniej nie chcąc o tym mówić.
- Co takiego? - powtórzyłam, być może z lekką desperacją, - Nie co, panienko Hellen, ale kogo - sprostowała. - Ja czuć ich. Tych, co nas zabierać. Moich rodziców. Mojego siostrzeńca.
Zadrżałam. Rodzice i siostrzeniec Sukeeny nie żyją. Wiem to ponad wszelką wątpliwość.
- Indianie - szepnęłam.
Sukeena posłała mi poważne spojrzenie i pokiwała głową. - My nie być sami w tym domu, panienko Ellen.
Co się tyczy naszej romantycznej nocy, wystarczy, jeśli wyznam na tych stronicach, że szampan uderzył mi do głowy dość wcześnie i kiedy John i ja wycofaliśmy się wreszcie nad ranem do moich apartamentów, nie byłam zupełnie sobą, ulegając swoim żądzom i namiętności męża. Nasza miłość była gorączkowa, a nawet desperacka. John rzucił się na mnie, zanim zdążyłam się rozebrać. W takich jak ten momentach trudno się oprzeć jego afektom. Tyle w nim siły, tyle zaborczości. Gdyby nie wypite wino, może odnalazłabym w sobie dość siły, by mu się sprzeciwić, w tej sytuacji jednak poddałam się prawie bez oporu. A potem współuczestniczyłam w tym, co się działo. Wołałam głośno, czego pragnę, doprowadzając go tym do szału - rzecz, której nauczyłam się dostatecznie wcześnie, by móc zaspokoić własne potrzeby. Padliśmy na podłogę w mojej przebieralni, zaplątani w biały jedwab i dręczeni głodem, który zaspokoiliśmy dopiero wtedy, kiedy moja jedwabna suknia podarła się w strzępy, a na plecach mojego drogiego męża pojawiły się głębokie zadrapania. (Suknia będzie wymagała gruntownej naprawy). Obawiam się, że krzyczałam tak głośno, że musiały mnie słyszeć pokojówki. Być może cały dom. Dziś rano Sukeena posłała mi spojrzenie, które nie pozostawiało wątpliwości, że ona na pewno mnie słyszała. Następnie zaś kazała mi przez prawie trzy godziny leżeć w łóżku z pośladkami uniesionymi na poduszkach.
- Ja dać pani dziecko, panienko Ellen - powiedziała, mrugając.
Sukeena wie, jak bardzo tego pragnę i jak bardzo boję się kolejnego poronienia. Ale słysząc jej słowa, poczułam, jak ogarnia mnie podniecenie. John udał się wcześnie rano do swojego gabinetu (och, jak bardzo musi go boleć głowa!), żeby przestudiować nowy kontrakt z Union Pacific. Przed wyjściem jednak zajrzał do mojej sypialni i zostawił na poduszce przy mojej głowie czerwoną różę z kolcami starannie usuniętymi scyzorykiem i o zapachu tak upojnym, że wypełnił rozkoszą moje sny.
- Jaki dziś kolor, panno Ellen? - zapytała z przebieralni Sukeena.
- Czerwony - odparłam, mając na myśli kolor kwiatu. Różanoczerwony - powtórzyłam głośniej.
Słowo zabrzmiało znajomo, nie mogłam sobie jednak przez chwilę przypomnieć, gdzie je wcześniej słyszałam. Dopiero po kilku sekundach przyszło olśnienie: mój mąż i ja nazwaliśmy tak przecież naszą rezydencję.
13 MARCA 1909 - CZERWONA RÓŻA
Waham się, czy przelać dziś moje myśli na papier, gdyż to, co wydarzyło się tutaj po południu, budzi we mnie prawdziwą konsternację. Kiedy to piszę, policja wciąż przeszukuje dom. Wydaje mi się, że relacjonując to, co się stało, użyczam tej rezydencji jakiejś mocy. I nie mam wcale zamiaru tego robić, gdyż boję się, że ta moc (jeśli w ogóle istnieje) jest naprawdę potężna. Gdzież indziej mogę jednak wyznać to, co mnie gnębi? John z całą pewnością nie będzie chciał tego słuchać, a chociaż kocham Sukeenę jak siostrę, jej ograniczona angielszczyzna rzadko pozwala wykroczyć w rozmowie poza zwykłe codzienne sprawy bądź też kwestie funkcjonowania kobiecego ciała.
Jestem od dwóch miesięcy w ciąży i nigdy jeszcze nie byłam taka szczęśliwa. John paraduje po domu dumny jak paw, każąc służbie spełniać wszelkie moje zachcianki. Zostaje w domu wieczorami i czyta mi w salonie (gdzie doszło dzisiaj do tego nieszczęsnego incydentu), bez przerwy się o mnie troszczy i wpada w panikę, kiedy tylko lekko się skrzywię. Ciąża zaczęła być ostatnio lekko widoczna i John przychodzi do mnie w nocy, zadziera wysoko moją nocną koszulę i delikatnie masuje mi brzuch, czasami używając olejku. Potem kładzie tam głowę i rozmawia z malutkim, dojrzewającym we mnie dzieciątkiem. Całkiem często ze sobą obcujemy - nigdy jeszcze nie był taki czuły - i stałam mu się bliższa niż kiedykolwiek w czasie naszego krótkiego małżeństwa.
Mój błogosławiony stan - w towarzystwie wieści szybko się rozchodzą - był powodem, dla którego w porze podwieczorku złożyły mi wizytę moja droga przyjaciółka Melissa Ray oraz jej znajoma, niejaka Connie Fauxmanteur. Osobiście nie znam zbyt dobrze pani Fauxmanteur, ale słyszałam dużo o fortunie, jaką jej mąż zbił na wyrębie lasów, oraz o ich pokaźnych datkach na cele charytatywne. Jest ode mnie co najmniej pięć lat starsza i z tego względu nigdy nie przyjaźniłam się z nią w szkole, w przeciwieństwie do Melissy, z którą łączyła mnie stała zażyłość.
Dyskutowałyśmy o spędzonym przeze mnie i przez Johna roku za granicą, a ja odpowiednio upiększyłam moją opowieść, tak by nasza wyprawa wydała się idealną podróżą poślubną. Mówiłyśmy także dużo o dzieciach, zarówno małych, jak i starszych, i przez całe popołudnie panowała podniosła atmosfera.
Salon jest wspaniałym pomieszczeniem, które znajduje się po lewej stronie, patrząc od drzwi frontowych. Ozdobiony boazerią z włoskiego orzecha oraz dywanami ze Wschodu, mieści organy, które nabyłam podczas naszej podróży po Europie. Są tu także francuskie pejzaże, portret Johna zamówiony w Anglii i kilka mniejszej wartości eksponatów, takich jak chińska waza i para niemieckich pistoletów. W dziedzinie literatury salon może się wydać ubogim krewnym naszej biblioteki, lecz mimo to na jego półkach można odnaleźć pięć powieści Dickensa z jego autografami, a także sześć opatrzonych autografami dzieł Rudyarda Kiplinga, niegłupiego autora, który pisuje głównie o Indiach i cieszy się dużą popularnością zarówno u nas, jak i za granicą. W samym rogu, przy drzwiach prowadzących do centralnego holu zachodniego, stoi obity skórą globus nabyty w Oksfordzie w Anglii. Kiedy ją ostatni raz widziałam, pani Fauxmanteur oglądała właśnie ten globus. Plotkowałyśmy z Melissą o bracie Tiny Coleman, który zaczął podobno zażywać opium, i tylko co jakiś czas zerkałam kątem oka w stronę pani Fauxmanteur. Czułam, że powinnam ją jak najprędzej ostrzec, iż Sukeena używa tego globusa jako czegoś w rodzaju młynka modlitewnego i z tego względu uważa, że tkwią w nim niezwykłe moce, w tym także zdolność otwierania portalu do duszy Czerwonej Róży (Sukeena twierdzi, że ten dom jest żywy, że czuje jego obecność - opinia, z którą się stanowczo nie zgadzam i która stała się nawet powodem kłótni między nami). Sukeena uważa również, że w domu jest wiele takich portali i że trzeba patrzeć, gdzie się idzie, a w pewnych miejscach strzec się pewnych myśli, jeśli się nie chce ponieść konsekwencji - nigdy jednak nie zdradziła, jakie by to miały być konsekwencje. Wszystko to zakomunikowała mi w tak niejasny i chaotyczny sposób, że nie wiem nawet, czy dobrze ją zrozumiałam - wiem jednak z całą pewnością, że Sukeena boi się Czerwonej Róży. Albo raczej traktuje rezydencję z dużą ostrożnością.
Tak czy inaczej, droga pani Fauxmanteur stała w kącie i obracała globus odzianą w rękawiczkę dłonią. Nagle, zupełnie niespodziewanie, Melissa i ja usłyszałyśmy z jej ust w najwyższym stopniu zaskakujące dźwięki. Brzmiało to jak modlitwa, lecz wypowiedziana w języku, którego nigdy nie słyszałam (a w ciągu ostatniego roku słyszałam ich oczywiście wiele!). Globus kręcił się coraz szybciej i szybciej, chociaż - przynajmniej z miejsca, gdzie siedziałam - nie wydawało się, by pani Fauxmanteur w ogóle go dotykała.
- Connie? - zapytała z troską w głosie Melissa.
- Pani Fauxmanteur?! - zawołałam, wiedząc o globusie więcej aniżeli moja droga przyjaciółka. -Naprawdę nie powinna się pani bawić tym globusem.
W tym momencie, przysięgam ci, Drogi Dzienniczku, głowa tej kobiety poruszyła się zupełnie niezależnie - jakby nie była w ogóle przytwierdzona do ciała. Obróciła się i krzywiąc wargi, utkwiła w nas maniakalne spojrzenie podbiegłych krwią oczu. Najbardziej skonsternowała nas jednak jej popielata cera. Pani Fauxmanteur przyszła z wizytą wypacykowana różem, którego bynajmniej nie potrzebowała w tej ilości. Mimo to, kiedy się do nas odwróciła, cały ten kosmetyk zniknął. Jej skóra wydawała się niemal przezroczysta, sine żyłki przypominały splątany motek przędzy, a wargi były bezkrwiste i popękane jak sopel lodu.
- Odsuń się, moja droga! - zawołałam.
Connie Fauxmanteur zrobiła rzeczywiście krok do tyłu i odsunęła się od globusa. Kiedy to uczyniła, szybkość, z jaką się obracał, zmalała i dopiero teraz usłyszałam cichnący dźwięk podobny do wysokiej pojedynczej nuty, śpiewanej przez dziecięcy chór. Nie zwróciłam uwagi na tę muzykę, póki nie umilkła, przenosząc się jakby gdzie indziej. Pani Fauxmanteur podążyła w ślad za nią, kierując się (jak sądzę) ku centralnemu holowi zachodniemu. Pomyślałam, że może chce sobie przypudrować nos, i zawołałam, że z chęcią pokażę jej drogę. W tym momencie Melissa wstała z miejsca i dała mi znak (jak przypuszczam z powodu mojej ciąży; wszyscy za bardzo się przejmują moim stanem!), żebym nie ruszała się z fotela. Muszę powiedzieć, że chyba nie do końca nad sobą panowała, najwyraźniej wstrząśnięta tą przezroczystą zjawą naszej drogiej przyjaciółki. Jak na kobietę o takiej gracji i szyku nadzwyczaj szybko podążyła ku drzwiom prowadzącym do galerii, przez które zaledwie przez chwilą wyszła pani Fauxmanteur.
Pamiętam całkiem wyraźnie, że poczułam w powietrzu coś gorzkiego - czułam to prawie na języku. Ten zapach dobiegał, niesiony przeciągiem, od dwuskrzydłowych drzwi. Jakiekolwiek było jego źródło, poczułam, że przechodzi mnie dreszcz i jeżą mi się włosy na karku. Czułam tę samą woń na pokładzie Ocean Star, kiedy potężny podmuch wtargnął do naszej kabiny. Mimo upomnień ze strony przyjaciółki wstałam z fotela i podążyłam w ślad za Melissą.
- Connie?! - usłyszałam jej wołanie.
Chwilę później stanęłam obok niej w holu zachodnim. Wspaniały korytarz był pusty, jeśli nie liczyć wiszących na ścianach olejnych obrazów, wiśniowych i klonowych ławek oraz jakiejś marmurowej rzeźby z Rzymu. Pani Fauxmanteur zdążyła zapewne wybiec drzwiami z drugiej strony, zanim Melissa weszła do środka.
- Pani Fauxmanteur! - zawołałam. - Z przyjemnością pokażę pani drogę.
Ponieważ wszystko jej się pomieszało. Najbliższa toaleta była po drugiej stronie sali bankietowej, przy małym korytarzyku, który prowadził do wielkich schodów. Drugi koniec holu zachodniego łączył się ponownie z holem wejściowym i wychodząc tamtędy, kręciłaby się w kółko. Chyba że przypadkiem otworzyła jeden z fałszywych paneli, za którymi mieszczą się schowki (przez jeden z nich wchodzi się do "tajnego°' korytarza, który łączy hol zachodni z kuchnią i pozwala służbie na sprawniejsze i szybsze obsługiwanie nas podczas przyjęć), Kiedy spojrzy się na hol zachodni pod tym kątem - zaiste w całym domu pełno jest takich fałszywych paneli - można uświadomić sobie, jak łatwo jest komuś zgubić się w tym labiryncie.
- Connie! - Tym razem w głosie Melissy zabrzmiał niepokój. Ja też odczuwałam go już we własnym sercu.
- Sprawdź hol wejściowy - poinstruowałam przyjaciółkę, wskazując jej zamknięte drzwi przy końcu długiej galerii, po czym podeszłam do ściany i pociągnęłam za sznur, wzywając całą służbę, która pełniła dyżur o tej porze. Sama nie spuszczałam oka z drzwi do sali bankietowej, ponieważ znajdują się najbliżej salonu i, zważywszy na to, że upłynęło tak niewiele czasu, wydawało mi się, iż najłatwiej wytłumaczyć błyskawiczne zniknięcie pani Fauxmanteur tym, że wyszła właśnie tamtędy.
Otwierając drzwi do sali bankietowej, stanęłam nagle twarzą w twarz z Brunem, naszym lokajem, który przybywał na moje wezwanie. To spotkanie było tak nieoczekiwane, że odskoczyłam do tyłu i wydałam z siebie cichy nieartykułowany okrzyk. To z kolei zaalarmowało Johna i cały dom. Kiedy weszłam do sali bankietowej i stwierdziłam, że jest pusta, kilka innych osób pospieszyło mi z pomocą. Pootwierano szeroko drzwi, a także fałszywe panele. W poszukiwania pani Fauxmanteur włączyło się nagle dziesięć albo i więcej osób. Yolanda i Fredrick pobiegli na górę po schodach, ponieważ wydawało im się, że słyszą kogoś na drugim piętrze.
Im głośniej wołaliśmy, tym donośniejszym echem odbijały się nasze głosy. Po pani Fauxmanteur zaginął wszelki ślad. Kiedy stało się jasne, że zniknęła, zrobiło mi się słabo. Podtrzymywana pod ramię przez Briana, powlokłam się w stronę fotela. Osuwając się na wyścielone koronkami siedzenie, spojrzałam przez uchylone drzwi sali bankietowej w stronę holu Zachodniego i salonu.
W progu zobaczyłam Sukeenę, skonsternowaną i - czy ośmielę się to powiedzieć? - przerażoną. Stała przy globusie, który wciąż powoli się obracał. Miała na sobie roboczą niebieską sukienkę z białym fartuszkiem i czerwoną chustkę zawiązaną wokół głowy. Jej granatowoczarna skóra lśniła w świetle gazowych lamp. Patrząc na mnie, potrząsnęła powoli głową, od lewej do prawej strony. Płakała.
Nasz dom powołał do siebie duszę tej kobiety i Sukeena wiedziała lepiej niż ktokolwiek, że Connie Fauxmanteur już nie wróci.
|
|
|
| | | |
| |
Subskrypcja |
|